Żarty napisał im Fredro
Przygotowując swoją wersję „Ślubów panieńskich” Szymon Kowalik, Anna Wilk, Małgorzata Modrzycka i Michał Kaszak zaznaczali, że będzie zabawnie, „bo żarty pisał im Fredro”. Postanowili wsłuchać się w tekst sprzed blisko 200 lat i… udowodnili, że ta miłosna intryga nadal bawi.

Czy da się połączyć przyjaźń i pracę? Ta grupa młodych aktorów udowadnia, że tak. Ich historia to też ważny głos w dyskusji o zawodzie aktora. Bo, gdy po ukończeniu szkoły aktorskiej z etatami w teatrach instytucjonalnych jest krucho, możesz albo schować marzenia o graniu razem z dyplomem do głębokiej szuflady (i zająć się czymś innym), albo spróbować samemu zorganizować sobie pracę (i robić to, co cię kręci).
Szymon Kowalik, Anna Wilk i Małgorzata Modrzycka związani są z Częstochową. Razem stworzyli spektakl „Ballady i romanse” w Teatrze Nowym w Częstochowie, organizowali salony poezji, zajmowali się konferansjerką czy organizacją warsztatów. Teraz postanowili iść o krok dalej i wyprodukować coś w pełni swojego. Padło na „Śluby panieńskie, czyli magnetyzm serca” Aleksandra Fredry.
Pomysł, by sięgnąć po komedię z 1832 r. rzucił Kowalik (znacie go dobrze z rolek zamieszczanych regularnie na CGK), który podjął się także reżyserii przedstawienia. Marzył mu się spektakl „kompaktowy”, taki na czwórkę aktorów i minimalistyczną scenografię. Tekst hrabiego okrojono więc z postaci Radosta, pani Dobrójskiej i Jana, tak by zostali tylko Gustaw, Albin, Aniela i Klara.

Szymon został Gustawem, Anna – Klarą, Małgorzata – Anielą (mówią, że nie mieli żadnych problemów z podjęciem decyzji: kto będzie kim – i rzeczywiście doskonale pasowali do tych ról). Brakowało Albina. Czwórkę uzupełnił więc Michał Kaszak (znają się z „Nowego”), który na próby dojeżdżał z Warszawy.
Przygotowanie premierowego spektaklu okazało się… najprostszym etapem. Została produkcja, plakaty, sesje, bilety, programy, promocja. Wielu może dałoby sobie spokój (i może jednak wysunęło tę szufladę), ale ta ekipa widać nie lubi się poddawać. Zawzięli się i doprowadzili do premiery. Odbyła się 18 maja na scenie Klubu Politechnik.
Skoro – jak zaznaczają – żarty pisał im Fredro, założeniem było przede wszystkim to, by tekstu nie przyćmić wymyślnymi kostiumami, rozbudowaną scenografią, dymami, grą świateł (to ryzykowne, bo nic nie zatuszuje ewentualnych niedoróbek). Nie kusiła ich innowacyjność, ani przenoszenie „Ślubów” w czasy współczesne, ani robienie komedii na poważnie (zabijając ulubione żarty). Pozostali naturalni. I to w połączeniu z młodością, talentem i pasją napędza ten spektakl. Oprawę opowieści zapewniła sztuczna trawa, cztery leżaki, tiulowe tło. Lekkości dodały stroje w stonowanych kolorach, bose stopy. W tym spektaklu wszystko jest takie niewymuszone.

Samej historii streszczać chyba nie trzeba, większość z nas pamięta przysięgę dwóch panien, które ślubowały ród męski nienawidzić, a jego przedstawicieli dręczyć obojętnością na zaloty. Do tego dochodzi wzdychający Albin i przedsiębiorczy Gustaw, który uknuł intrygę, dzięki której miast panieństwa będą wesela.
Spektakl zamknęli w godzinie. Przyznam, że dla mnie był to bardzo przyjemnie spędzony czas. Premierowe „Śluby panieńskie” kryją w sobie bowiem mnóstwo uroku i świeżości. To takie przedstawienie, które ociepla jakoś serce i przy tym rzeczywiście bawi, choć jest to zupełnie inny rodzaj śmiechu niż ten, do którego przyzwyczaiły nas współczesne komedie, które często wymuszają go przekleństwem czy potykaniem się na scenie.
Przy okazji przypomniałam sobie, że „na żywo” ten tytuł zobaczyłam dopiero drugi raz w życiu. Ten pierwszy miał miejsce… dwie dekady temu, za czasów dyrektury Marka Perepeczki, gdy Andrzej Łapicki reżyserował w częstochowskim teatrze Fredrę. Wówczas był to taki klasyczny spektakl, z wytwornymi kostiumami, pełną obsadą (obok Perepeczki grającego Jana zamiennie z nieżyjącym też już Tadeuszem Morawskim, znaleźli się w niej m.in. inni wielcy-nieobecni – Andrzej Iwiński i Sebastian Banaszczyk).

Niestety, pamiętam z tego niewiele, to czasy mojego gimnazjum. I wspominam o tym nie dlatego, żeby pokazać, że nie wstydzę się metryki, ale dlatego, że wiąże się to z pewną historią. „Śluby” oglądałam po szkole, podczas próby generalnej i przed klasówką z historii właśnie. Ze sobą miałam zielony podręcznik, na którym reżyser złożył podpis. Wystawienie podręcznika do autografu trochę go rozbawiło, mnie pewnie speszyło. Podręcznika do dziś nie wyrzuciłam.
Tamtego spektaklu nie dałoby się spakować do „walizki” i ruszyć małą osobówką w drogę. „Śluby panieńskie” A.D. 2024 już tak. Młodzi aktorzy wymarzyli sobie, że stworzą przedstawienie, które można zagrać dosłownie wszędzie. Wystarczy leżaki zastąpić kocami, a sztuczną trawę – prawdziwą np. taką na polanie przed górskim schroniskiem. Zresztą po co wybierać jak w wakacyjnym sporze: góry czy morze, jak można grać i na piaszczystej plaży. Życzę, by spełnili to marzenie i „Śluby panieńskie” miały wiele podróży na liczniku. A jeśli znów będą grane w Częstochowie, to zróbcie sobie tę przyjemność i zafundujcie taki teatralny relaks.
Fot. Ela Bednarek
