Wystrzałowe kolędy
Nikt nie śpiewa kolęd tak jak Pospieszalscy. Udowodnili to podczas styczniowego koncertu w Klubie Politechnik. Na jednej scenie spotkały się trzy pokolenia osób o tym samym nazwisku.

Kolędy w polskiej tradycji zaczynamy oficjalnie śpiewać podczas Pasterki i w tym klimacie pozostajemy aż do 2 lutego (czyli Matki Boskiej Gromniczej). Wtedy żegnamy też szopki i choinki, a przynajmniej powinniśmy (dowcipy o wynoszeniu świątecznych drzewek w lipcu nie wzięły się przecież znikąd).
Jednak jako czterolatka nie robiłam sobie zbyt wiele z konwenansów. Moją ulubioną kasetą magnetofonową była ta z kolędami. Słuchałam jej i w grudniu, i w styczniu, i prawdopodobnie w każdym z pozostałych miesięcy. Z tekstami radziłam sobie naprawdę nieźle i takie „Przybieżeli do Betlejem”, „Pójdźmy wszyscy do stajenki” czy „Dzisiaj w Betlejem” (do dziś moje ulubione punkty świątecznego repertuaru) miałam opanowane pierwszorzędnie. Śpiewałam je więc na okrągło. Niestety, dosłownie. Przykład? Upalne lato. Wsiadamy z Mamą do tramwaju, a ja na starcie zaczynam zawodzić „Lulajże Jezuniu”. Efekt? Podobno piorunujący (ja tam tego nie pamiętam). Na tyle, że na kolejnym przystanku Mama pospiesznie ze mną wysiadała. Nie dałam sobie wytłumaczyć, że kolęd w lipcu i sierpniu się nie śpiewa (a przynajmniej nie publicznie), więc kasety świąteczne wylądowały w pawlaczu. Niczym polskie filmy „półkowniki” zatrzymane przez cenzurę.

Przeleżały tam dosyć długo, bo tę historię poznałam już jako nastolatka. Tak mój kolędniczy zapał zgaszono w zarodku. Dziś wróciłam do dziecięcej pasji, ale kolędy śpiewamy rodzinnie w Wigilię i raczej – ku ogólnej uciesze - nie wykraczam już poza ten termin.
Wyjątkiem był 11 stycznia. Każdy, kto wybrał się na koncert „Kolędy Pospieszalskich” do Klubu Politechnik, doskonale to zrozumie. Ta rodzina ma taki muzyczny power, że nie można oprzeć się magii wspólnego śpiewania.
Kolędowanie - o czym wielokrotnie Pospieszalscy opowiadali - wzięło się z życia, z domu przy ul. Barbary. Mama dziewięciorga dzieci, Donata Pospieszalska siadała przy pianinie, a dzieciaki poprzebierane za Maryję, Józefa, owce, anioły i pasterzy odgrywały jasełka. Najmłodsze z rodzeństwa leżało w wiklinowym koszu jako Dzieciątko. Gdy podrosło, a nóżki wystawały ze „żłóbka”, przejmowało rolę owieczki, a w koszyczku „lądował” nowy Jezusek. Z czasem tradycja się rozrosła, uzdolnieni bracia Jan, Karol, Marcin i Mateusz wnieśli do rodzinnego kolędowania kolejne instrumenty, aranżacje, muzyczne doświadczenia i fascynacje. I grali kolędy tak, jak nikt tego nie robił. To mama namówiła rodzeństwo, że warto nagrać płytę. Miała rację. Album, który nagrano w Sulejówku w studiu Winicjusza Chrósta w listopadzie 1991 roku, czyli „Kolędy Pospieszalskich” ma zasłużony status wydawnictwa kultowego, które wychowuje kolejne już pokolenia słuchaczy.

Pod tym samym szyldem odbywają się coroczne zimowe koncerty tej najbardziej znanej muzycznej rodziny w Polsce. Tegoroczna trasa objęła m.in. Gdańsk, Wrocław, Warszawę i Siedlce. Wszędzie bilety rozchodziły się w mgnieniu oka. Nic więc dziwnego, że „sold out” ogłoszono także w rodzinnym mieście muzyków. Rozpoczynając występ, Mateusz Pospieszalski, zaproponował nową tradycję, by te częstochowskie koncerty odbywały się co roku. Owacje wypełnionej po brzegi sali potwierdziły tylko, że takie rozwiązanie bardzo nam pasuje (i w 2027 r. czekamy na powtórkę!).
Kolędowanie rozpoczęło „Ach, ubogi żłobie”. W pierwszej części znalazły się też m.in. „Hej, w dzień narodzenia”, „Mizerna cicha”, „Przybieżeli do Betlejem” czy „Dzisiaj w Betlejem” (czyli mój top). Śpiewano i tańczono w różnych rodzinnych konfiguracjach – dzieci z ojcami, małżonkowie, bracia z braćmi, siostry z braćmi. Tak od serca, z energią, bez nadęcia, naturalnie, radośnie. I na imponującym muzycznym i aranżacyjnym poziomie. Domeną Pospieszalskich jest dar do muzycznych improwizacji, więc i takich smaczków, wokaliz i solówek tu nie brakowało. Ile talentu może pomieścić jedna rodzina? W przypadku Pospieszalskich starczy, by tłocznie wypełnić całą scenę.

Zadanie przedstawienia, kto jest kim w tej rodzinnej ekipie, przypadło najstarszemu z muzykujących braci, czyli Janowi. A rzecz to mocno skomplikowana, imiona się dublują, więc i tu dochodziło do przejęzyczeń (celowo nie podają już tego, kto na czym gra, bo w tej rodzinie multinstrumentalność nie jest czymś wyjątkowym). Lista jest bowiem spora i stale się rozrasta! Do pierwszego pokolenia – czyli pozostałych braci Karola, Mateusza, Marcina i jego żony Lidii – najpierw dołączyły ich dzieci – Basia, Franek, Mikołaj, Nikodem, Pola, Łukasz, Szczepan, a także Marek (ostatniego z nich zabrakło podczas koncertu w „Politechniku”). To pokolenie wkroczyło na scenę w duecie ze swoimi drugimi połówkami – Marysią (która nie kryje, że sama wychowywała się na „Kolędach Pospieszalskich”), Natalią i Basią Ewą.
Mało? Ja już nie mam pewności, czy kogoś nie pominęłam! Kolęduje bowiem jeszcze trzecie pokolenie, czyli dzieci-dzieci. Najstarsza wśród nich jest 9-letnia Stefcia, a najmłodsza 2,5-letnia Fela. Stefcia i Augustyn to wnuki Mateusza, Misia, Staś i Fela - Jana, a Henio i Jadzia – Marcina i Lidii (a niebawem małżonkowie znów zostaną dziadkami).

Na tym kończy się tylko częstochowska lista, bo bywają koncerty, na których na scenę wkraczają także Theodor, Lesio, Jurek i Róża.
Ufff… Teraz chwila na oddech. Taka też miała miejsce podczas koncertu, wtedy wszyscy udali się na przerwę, podczas której można było kupić książkę Marcela Woźniaka „Pospieszalscy. Rodzina”. To wydawnicza nowość, którą na CGK już polecaliśmy, a która pomaga w rozszyfrowaniu tych skomplikowanych rodzinnych powiązań.
Program drugiej części był równie wystrzałowy. Zwyczajowo tak o koncertach kolęd nie wypada chyba pisać, ale kolędy Pospieszalskich takie są. Wystrzałowe, grane z przytupem, albo - a co tam! - na pełnej petardzie. Zresztą kolędy to tak naprawdę same evergreeny. Potwierdziły to wykonania m.in. „Jezusa narodzonego”, „Pójdźmy wszyscy do stajenki”, „Gdy się Chrystus rodzi” czy „Bóg się rodzi”.
Teraz pozostaje liczyć, że tradycja się przyjmie i za rok znów spotkamy się w Klubie Politechnik. A póki co, pisząc, zaczęłam pod nosem kolędować… Konsekwencje mogą być poważne.
Fot. Łukasz Kolewiński
