W rocznicę urodzin mistrza
By opowiedzieć o dorobku Andrzeja Wajdy, potrzeba przynajmniej kilku wieczorów. Klucz spotkania w Bibliotece Publicznej był więc ściśle związany z Częstochową. Nie wszyscy wiedzą, a być może wielu już nie pamięta, wybitny reżyser gościł tu kilkakrotnie.
6 marca jedna z najsłynniejszych postaci kinematografii obchodziłaby setne urodziny. Rok 2026, czyli dwóch rocznic – tej oraz 10. rocznicy śmierci – Senat ustanowił więc Rokiem Andrzeja Wajdy.
Z tej okazji, w środę, 4 marca w sali odczytowej Biblioteki Publicznej im. Władysława Biegańskiego (która – podobnie jak cały gmach przy Al. NMP 22 – przeszła gruntowny remont) odbyło się specjalne spotkanie poświęcone ikonie polskiej kultury. Poprowadził je Tadeusz Piersiak, dziennikarz, z wykształcenia filmoznawca, który przed laty szefował kinu Relax oraz OKF-owi, a dziś związany jest z Dyskusyjnym Klubem Filmowym „Rumcajs” (a później także innym miejskim instytucjom).
Sam Wajdę spotkał dwa razy. Po raz pierwszy podczas Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie. - Pewnego dnia zrobiło się ogromne poruszenie, ponieważ ze świtą pewnie dwudziestoosobową pojawił się mistrz, który przeszedł, zasiadł przy stole prezydialnym, powiedział słów kilka i z tą świtą wrócił na jakiś plan zdjęciowy, który mieli nieopodal Koszalina – opowiadał.
Drugie ze spotkań miało miejsce wiele lat później. - Jako dziennikarz „Gazety Wyborczej” zostałem zaszczycony misją wyjazdu do Ogrodzieńca na plan filmowy „Zemsty”. Przez jeden dzień mieliśmy możliwość pochodzenia sobie, pooglądania scenografii, ustawiono dla nas scenę z realizowanego filmu, była konferencja prasowa. A mnie jeszcze udało się na moment, na parę słów, zatrzymać Andrzeja Wajdę, co oczywiście było znakomite dla tekstu, bo nic tak mu dobrze nie robi, jak wypowiedź wielkiego człowieka. I nie ironizuję, bo Andrzej Wajda wielkim twórcą był, to fakt bezsprzeczny i w pokorze chylę głowę przed tą postacią – dodał.
Do końca życia
Jednak jeden wieczór, by opowiedzieć o dorobku Wajdy, to zdecydowanie za mało. Samo wymienienie nagród, którymi go honorowano (od Oscara, przez laury w Cannes, Wenecji czy San Sebastian), odznaczeń, które mu wręczono (z Orderem Orła Białego na czele) czy wreszcie pełnej filmografii, trwałoby godzinami. A tu dodajmy, że był nie tylko wybitnym twórcą filmowym, ale też teatralnym (jego „Biesy” stanowią najsłynniejszy tego przykład), a do tego malarzem (o czym często się zapomina), społecznikiem, politykiem (senatorem I kadencji) i wielbicielem kultury japońskiej, co w praktyce przełożyło się na powstanie krakowskiego Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha”.

Tadeusz Piersiak wybrał niektóre tytuły z bogatej filmografii jedynego Polaka, który otrzymał Oscara za całokształt twórczości. Szczególną, osobistą uwagę przyłożył zaś do „Kanału” z 1956 r. - To był tak naprawdę jeden z pierwszych filmów, jakie dane mi było w życiu oglądać. Obejrzałem go w czarno-białym telewizorze, który się pewnie nazywał Belweder i miał ekran wielkości większego znaczka pocztowego, może z 18 cali – opowiadał. - Ten film czarno-biały nakręcony został praktycznie bez światła. Część zdjęć realizowana była autentycznie w warszawskich kanałach. Te obrazy filmowe były tak przejmujące, tak pięknie konstruowane z pomocą ciemności, światłocienia i blików. Ja, jako ten chłopiec, chyba dziesięcioletni, byłem nim oczarowany i będę pamiętał „Kanał” do końca życia. Choć opowieść jest straszliwie bolesna, tragiczna i w zasadzie chyba człowiek w tym wieku, nie powinien takiej opowieści doświadczać.
Prowadzący przypominał też różne ciekawostki. Powrócił m.in. do najsłynniejszej (na równi ze śmiercią Maćka Chełmickiego) sceny z „Popiołu i diamentu”. - Nawet jeżeli państwo kompletnie nie pamiętacie, o czym był ten film, to na pewno pamiętacie scenę w barze, kiedy Chełmicki ze swoim przyjacielem wspominają nieżyjących przyjaciół i zapalają spirytus rozlany do kieliszków. Cymes, taki banalny, tak prosty, tak przemawiający. Potem dopiero doczytałem, że ponieważ spirytus wcale nie jest tak prosty w zapalaniu od zapałki, więc do kieliszków nalano benzynę, żeby niezawodnie efekt osiągnąć – wyjaśniał.
Moda na Cybulskiego, moda na Braunek
Grający Maćka Zbigniew Cybulski stał się wówczas jedną z najjaśniejszych gwiazd ekranu. - To nie jest tak, że XXI w. wymyślił ruch fanowski i mody na aktorów. Wówczas ulice całej Polski zaludniły się facetami w ciemnych okularach, upozowanymi na Cybulskiego, który wielką gwiazdą był – dodał.
Przypomniał zresztą, że Wajda wykreował wiele karier. Wyliczać można by długo, ale niech padnie chociaż kilka nazwisk: Tadeusz Łomnicki, Roman Polański, Daniel Olbrychski, Tadeusz Janczar. Oczywiście dotyczyło to również pań – Krystyny Jandy, Beaty Tyszkiewicz, Małgorzaty Braunek. Przy ostatniej zostając, Piersiak wspominał, że po „Polowaniu na muchy” panie z kolei chętnie nosiły okulary „muchy” przez film ten wylansowane.
Dziennikarz opowiadał o największych sukcesach mistrza, ale i filmach, jak „Kronika wypadków miłosnych”, zaliczanych do tych w dorobku mistrza „niepotrzebnych”. O różnym odbiorze reżysera przez współpracowników. – Niektórzy z aktorów zaznaczali, że na planie wcale nie było łatwo, a Wajda wcale nie był dobrotliwym ojcem. Po śmierci reżysera, Paulina Młynarska opowiadała o tym, że gdy nie chciała grać w tak odważnej scenie erotycznej, a była wówczas niepełnoletnia, została upojona alkoholem – mówił.
Słuchaliśmy opowieści o „Lotnej”, „Niewinnych czarodziejach”, „Weselu”, „Człowieku z marmuru” (i z „żelaza” oraz z „nadziei” także), wspomnianej „Zemście” czy „Katyniu” (oczywiście nie zabrakło wspomnień o ojcu artysty – ofierze zbrodni katyńskiej). Nie pominięto również historii dzieł ostatnich reżysera. Ostatnich i niesłusznie niedocenionych, jak „Tatarak” i „Powidoki”, które choć ważne i wybitne, nie cieszyły się już takim zainteresowaniem publiczności.
Wajda w Częstochowie
Zgodnie z zapowiedzią nacisk położono również na częstochowskie akcenty. Piersiak zaprosił jako współprelegentów filmowca Krzysztofa Kasprzaka oraz Jacka Tomczyka, wieloletniego prezesa i działacza „Rumcajsa”.
Wizyt Wajdy w częstochowskim DKF-ie było kilka. Ale do historii najmocniej przeszła ta pierwsza, w 1976 r. – Równo 50 lat temu Polska Federacja Dyskusyjnych Klubów Filmowych zdecydowała, że w naszym mieście zorganizujemy 20-lecie DKF-u. Zjechało się kilkunastu reżyserów, ale tą główną postacią był Andrzej Wajda, który przyjechał odebrać nagrodę w plebiscycie na Najlepszy Film XXX-lecia Kinematografii PRL. Takim tytułem uhonorowano „Popiół i diament”. Andrzej Wajda okazał się niezwykle bezpośrednim, bardzo życzliwym i otwartym człowiekiem – wspominał Tomczyk.
Żartował też, że to dzięki reżyserowi dostał pracę na Politechnice Częstochowskiej: Przed organizacją tego seminarium w 1976 roku dwa razy chciałem się tam zatrudnić. Pisałem podania, były odmowne. Po seminarium, prorektor sam do mnie zadzwonił. Pracowałem na Politechnice aż do emerytury.
Z kolei Kasprzak spotkał się z mistrzem, gdy w 2015 r. realizował film dokumentalny o Marku Perepeczce. Podczas tej pracy spotykał się z różnymi twórcami, który współpracowali i przyjaźnili się ze słynnym Janosikiem. – Padł również pomysł by nagrać relację Andrzeja Wajdy. Nie pamiętam już skąd miałem do niego numer, ale zadzwoniłem z pytaniem, czy można by przyjechać i nagrać wspomnienie o Marku Perepeczce. Byłem bardzo mile zaskoczony, bo powiedział oczywiście, że tak. Zaznaczał, że on jest swoim aktorom niezwykle wdzięczny, że z nim pracowali. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo raczej spodziewałbym się tego, że to aktorzy są wdzięczni jemu, że mogli „u niego” zagrać – opowiadał reżyser.
Nagrania miały miejsce przed „Mangghą”. Powstało ponad 20 minut materiału, do filmu ostatecznie weszły dwie i pół minuty (podczas spotkania mieliśmy okazję przypomnieć sobie ten fragment).
„WAJDA: Re-wizje”
Spotkaniem w bibliotece obchody Roku Andrzeja Wajdy się jednak nie skończą. Już w sobotę, 7 marca OKF Kino Studyjne „Iluzja” inauguruje przegląd „WAJDA: re-wizje”. O godz. 16.15 wyświetli „Popiół i diament”, a później raz w miesiącu aż do grudnia będzie zapraszał na kolejne projekcje.
I tak w kwietniu widzowie OKF-u obejrzą „Wesele”, w maju – „Niewinnych czarodziejów”, w czerwcu – „Człowieka z marmuru”, w lipcu – „Brzezinę”, w sierpniu – „Kronikę wypadków miłosnych”, we wrześniu – „Krajobraz po bitwie”, w październiku – „Bez znieczulenia”, w listopadzie – „Ziemię obiecaną”, a w grudniu – na finał – „Wszystko na sprzedaż”. Ostatni tytuł będzie grany w przededniu 60. rocznicy śmierci Zbigniewa Cybulskiego.
Wszystkie filmy wyświetlone zostaną w oryginalnej wersji językowej z angielskimi napisami. Bilety na każdy pokaz kosztują 15 zł. Szczegóły: okf.czest.pl.
Fot. Łukasz Stacherczak (spotkanie w bibliotece), Marian Sztajner, Łukasz Dzwonnik
