To był dziwny sierpień: strzały, sznury, trucizny
W gorącym powietrzu lęgły się burze z wichurami łamiącymi drzewa, grad i ludzkie namiętności. „Goniec Częstochowski” sprzed stu laty aż dyszał doniesieniami „o czynach krwawych, wszetecznych, wyrodnych”. No, może raczej desperackich.

Zaczęło się od złowrogiej wiadomości z 12 sierpnia: Bezrobocie w Częstochowie wzrasta! Liczba częstochowian bez pracy zbliżała się do 5 tysięcy. 2250 z nich wypłacono zapomogi, w sumie 17,5 tys. zł, ale ludzie chcieli pracy, nie zasiłku. Tłumnie oblegali biuro pośredniaka, pytając o jakiekolwiek zajęcie. Niestety, specjalnie rozpoczęte w lipcu roboty sezonowe, np. przy żniwach, dały utrzymanie zaledwie 573 osobom, zaś zarejestrowanych bezrobotnych było 4510. Na zmniejszenie się klęski bezrobocia nie ma najmniejszych widoków – wieszczył ponuro „Goniec Częstochowski”. I komentował: Klęska bezrobocia, będąca najstraszliwszą bolączką naszego społeczeństwa, powinna w dobie obecnej być dominującą troską naszego rządu, który klęsce tej winien zaradzić radykalnie przez uruchomienie i rozwinięcie polskiego przemysłu. Zapomogi rządowe to tylko półśrodek, który nieszczęścia głodnych mas łagodzi, ale widma groźnych następstw od kraju nie odwraca”
Trzy dni przed ukazaniem się tego artykułu, 8 sierpnia, 23-letni Stefan Mazur wybrał się z narzeczoną do Olsztyna, w okoliczności przyrody u stóp zamku. Narzeczona, Helena Żakówna, miała 18 lat, pracowała zaś w biurze Funduszu Bezrobocia przy Urzędzie Pośrednictwa Pracy w Częstochowie. Stefan z kolei był z zawodu ceramikiem. Na miejsce dojechali pociągiem, spacerowali, a ponieważ lunęło, schronili się pod murami warowni. Wtedy nagle… Ale oddajmy głos „Gońcowi…”: Mazur gwałtownym ruchem wydobył rewolwer i strzelił do narzeczonej, która z okrzykiem grozy upadła na ziemię, przyczem w okolicy ucha wytrysła wąziutka smuga krwi. Mazur, sądząc, że narzeczona jego jest już martwa, strzałem wymierzonym w usta pozbawił się życia. Śmierć nastąpiła momentalnie. Żakówna po krótkiej chwili omdlenia z przestrachu podniosła się z ziemi, a widząc sztywne zwłoki narzeczonego, brocząc krwią z przestrzelonego ucha, pobiegła przerażona na posterunek policji w Olsztynie.

W kieszeni Mazura funkcjonariusze znaleźli list pożegnalny. Niestety, nie zawierał on najważniejszego wyjaśnienia - motywu. Od zszokowanej Heleny też niczego nie można się było dowiedzieć. Przepytywanie znajomych dało równie znikomy efekt, bo dziewczyna trzymała w tajemnicy swój związek, nikomu się nie zwierzając. Tyle ustalono, że młodzi poznali się na początku czerwca, że rodzice Heleny przyjęli prośbę Stefana o rękę ich córki i że zezwolili na ślub, ale dopiero za dwa lata, uznali bowiem, że dziewczyna jest za młoda na związek małżeński.
A jednak śledczy doszli do kłębka. „Goniec…” opublikował wyjaśnienie zagadki już 13 sierpnia.
Oto młody samobójca nie miał pracy i był w ostatnich tygodniach w krytycznem położeniu materjalnym. Od narzeczonej pożyczył 150 zł, potem od jej rodziców 200; wszystko obiecał oddać 16 sierpnia. Niestety, nie miał potrzebnej kwoty ani żadnych szans na jej zdobycie, wciąż bowiem pozostawał bezrobotny. Wtedy postanowił odebrać życie sobie i Helenie. Tak oto przedstawia się wierne tło ponurego dramatu, którego istotną przyczyną – brak pracy zarobkowej i kłopoty materjalne oraz nerwowa psychoza i przygnębienie, jakie powstały w tak anormalnych warunkach życiowej egzystencji – podsumował dziennik.
Wróćmy jednak do 12 sierpnia. Tuż pod wiadomością o wzroście bezrobocia krzyczy pogrubionymi literami inny tytuł: Z tragedji życiowych. 25-letni mężczyzna z nędzy odbiera sobie życie na placu Jasnogórskim.

Było poniedziałkowe południe, gdy zauważono na błoniach Jasnej Góry mężczyznę leżącego na ziemi, nieruchomego, nieprzytomnego. Przy ciele spoczywała buteleczka esencji octowej. Wszystko stało się jasne – samobójca. Esencja octowa była w tamtych czasach bardzo popularną trucizną. Pamiętamy, jak w „Nocach i dniach” pani Katelbinie trzeba było płukać żołądek, gdy zażyła właśnie ten środek – kwas octowy w stężeniu 70-80 proc., silnie żrący, łatwo dostępny, używany do dezynfekcji, a w celach spożywczych, np. do marynat – tylko po rozcieńczeniu. W miesięczniku „Ratownictwo” z czerwca 1930 r. czytamy, że dane pogotowia ratunkowego w Warszawie za 1928 rok wykazują, iż otrucia za pomocą esencji octowej stanowiły 40,2 proc. ogólnej liczby zamachów samobójczych i 53,5 proc. wszystkich otruć. W 1928 r. w Warszawie sięgnęło po esencję 496 osób. Jest to po prostu moda, jak w Budapeszcie modne są otrucia gazem świetlnym, ługami, aspiriną i morfiną – informuje gazeta.
Samobójcę spod Jasnej Góry odratowano w szpitalu. Okazało się, że to 25-letni Julian Dębski, bez stałego miejsca pobytu. Do Częstochowy przyjechał w nadziei, że mieszkająca tu siostra wspomoże go finansowo, sam bowiem już od dwóch lat pozostawał bezrobotny. Ponieważ siostra nie mogła go utrzymywać, młody człowiek przez kilka tygodni żebrał, a nocował na dworcu lub w klatkach schodowych kamienic. Wreszcie nie wytrzymał i targnął się na życie.
A tu, proszę, kolejny, skuteczny tym razem użytkownik esencji octowej – Jan Maj, lat 21. 8 sierpnia leżał martwy na torach. Tyle że jemu nie o pracę chodziło. Znaleziony przy nim list wyjaśniał, że motywem samobójstwa była nieuleczalna choroba próchnienia kości.

I znowu esencja octowa: 18 sierpnia, godz. 8.30, ul. Kordeckiego 9, Franciszek Szmagier, 20 lat. Udało się go odratować, wylądował w szpitalu przy ul. Jasnej. Tym razem powodem okazała się wielka miłość. Rodzice nie dawali chłopakowi zgody na ślub, a on nic tylko chciał się żenić. Oznajmił zatem: albo żona, albo trucizna – i słowa dotrzymał.
A teraz inna trucizna – jodyna. Wypiła ją Maria Grygorczyk, była już wtedy bufetowa cukierni Cristal. Ją również odwieziono na ul. Jasną. Okoliczności wydarzenia: 29 sierpnia, godz. 16, uliczna ławka przy ul. Kościuszki 34. Motyw – zawód miłosny i utrata pracy.
Inny przypadek, 15 sierpnia, dom przy ul. Piotrkowskiej 2, środek nocy. 33-letnia Halina Matwin przywiązała sznur do haka w suficie i powiesiła się na nim. Obudzona rodzina wezwała lekarza. Kobietę dającą słabe oznaki życia odwieziono do szpitala. Nikt nie wiedział, dlaczego chciała się zabić.
Myślicie, że tak tylko u nas? Bynajmniej. „Goniec…” informował także o wydarzeniach spoza miasta. I tak chociażby: Warszawa, ul. Marszałkowska, strzał z rewolweru – Maurycy Gordowski, jeden z dyrektorów Banku Zjednoczonego. Albo: okolice stacji Warszawa Wileńska, skok pod pociąg – adwokat Damidowicz-Domidecki, przed wojną bardzo znany i zasłużony prawnik z Krasów, który w czasie wojny stracił cały swój majątek.
A w Grecji musiał aż interweniować… rząd. Czytamy w „Gońcu…” z 19 sierpnia: Rząd grecki postanowił wydać zakaz przeciwko samobójstwom. Do wydania tego zakazu zmusiła go epidemja samobójstw grasujących obecnie w Grecji. Ustawa […] przewiduje ciężkie kary na wszystkich tych, którzy usiłowaliby dopuścić się samobójstwa. Karanymi będą ci, którzy wiedzieli o zamiarze samobójczym innych osób, a nie donieśli o tem władzom. Dodać należy, że w Anglji usiłowanie samobójstwa już oddawna jest uważane za zbrodnię i odpowiednio karane.
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
