SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Szampańsko-jazzowy wieczór z muzyką teoretycznie cygańską

18 stycznia 2026
Udostępnij

Koncert noworoczny w Filharmonii Częstochowskiej z zespołem Cygańskie Diabły był niespodzianką. Dla niejednej osoby na widowni - myślę. Ktoś się zasugerował plakatem i przyszedł, żądny rozrywki nieskomplikowanej tudzież egzotycznej. Filharmonia natomiast powiedziała mu: - A kuku.

middle-fil2.jpg

Trudno było wyjść z domu w ten styczniowy wieczór. Z miejsca nogi się człowiekowi rozjechały na śliskim chodniku, wiatr nawiał mu za szalik lodowatego śniegu, a mróz oszczypał mu nawet rzęsy. Stojąc na przystanku komunikacji miejskiej, pomyślałam, że - biorąc pod uwagę okoliczności - jest jak 200 lat temu w Petersburgu. Zima szaleje, a człowiek mknie, by się bawić przy cygańskiej muzyce. Tyle że wtedy powiozłaby go ku tej rozrywce ognista trojka. Obecnie miał do dyspozycji co najwyżej tramwaj „trójkę”.

Brrr, jak zimno.

Jeszcze żebym jakoś szczególnie admirowała ten styl, gdy skrzypce zawodzą ekspresyjnie i romansowo. I gdy publiczność emocjonuje się coraz bardziej, przypuszczając w końcu szturm do bufetu po szampana i kawior.

No nie.

middle-fil3.jpg

Jednak, gdy już opadłam na fotel w XIII rzędzie filharmonii, a na scenę wyszli bohaterowie wieczoru i uruchomili smyczki, okazało się, że nie o wichrach z Syberii będziemy myśleć, lecz o słońcu Południa.

Aaaaa, to rozumiem.

Bohaterów było pięcioro: dwóch skrzypków, w tym jeden frontalny, basista, cymbalista i prześliczna wiolonczelistka wypełniająca dodatkowo obowiązki śpiewaczki. Słowem, Cygańskie Diabły. Obok nich nasza orkiestra symfoniczna i dyrygent Adam Klocek. Jak brzmiało to, co grali? Przede wszystkim wcale nie trąciło bałkańską cepelią.

Pierwsza część koncertu w zasadzie okazała się dialogiem. Raz głos zabierały Cygańskie Diabły, raz nasza orkiestra. One wykonywały wariacje na temat klasyki, ona - klasykę w czystej postaci. I Liszt ze swoimi rapsodiami węgierskimi tam był, i słynny czardasz Vittoria Montiego, i walce, i jakieś melodie ludowe. Frontalny skrzypek drobił na swoim instrumencie w oszalałym tempie, niczym Paganini, reszta składu dzielnie mu sekundowała, ale wszystkich przebił cymbalista. Jankiel wysiada. Takie solówki mu spod palcatek wyskakiwały, że się wierzyć nie chciało. Zwłaszcza że bardziej przypominały popisy jazzmanów niż grupy folk czy etno. Gdyby mu zamiast cymbałów dać perkusję, nikt by nawet nie podejrzewał, że co Cygański Diabeł. Toteż publiczność siedziała zasłuchana, z zapartym tchem, a gdy skończył, biła brawo jak szalona, pohukując z ukontentowania.

middle-fil8.jpgJedyne, co zostało z moich przypuszczeń, jaki będzie ten koncert, to szampan podczas przerwy. Perlił się w baterii kieliszków na stołach w foyer - i nic dziwnego, skoro imprezę reklamowano jako noworoczną. Kawioru nie widziałam.

- Teraz będzie jeszcze bardziej gorrrąco - zapowiedziała po antrakcie Magdalena Miśka-Jackowska prowadząca wieczór. Poznaliście ją? To dziennikarka radiowa, przez lata jeden z głosów RMF Classic.

Faktycznie, temperatura się podniosła, bo przeskoczyliśmy z Węgier, Słowacji i Bałkanów prościutko do Hiszpanii. A tam czekała na nas „Carmen” Bizeta, dokładnie zaś wariacje na najsłynniejsze tematy muzyczne z tej opery. I znowu Paganini z Jankielem zasuwali przy swoich instrumentach, serwując nam jedną jazzującą solówkę po drugiej. Goniła ich reszta zespołu i cała orkiestra. Z muzyki cygańskiej zostało tylko to obłędnie szybkie drobienie smyczkami po strunach. To było fascynujące, słuchać, ile dziarskich nut szesnastek można wtłoczyć w posępny motyw muzyczny między uwerturą „Carmen” a jej pierwszym aktem. Albo w słynną habanerę. A potem w kolejne części opery, dając im dzięki tym odświeżającym aranżacjom zupełnie nowego ducha.

middle-fil7.jpg

To się musiało tak skończyć: zmęczeni wykonawcy kłaniający się z bukietami w dłoniach, a przed nimi publiczność bijąca brawo na stojąco i żądająca bisu. Jedna z pań w drugim rzędzie nawet powiewała szalikiem. Inna zaś wyszła z szatni na mróz z czapką w dłoni zamiast na głowie, beztrosko roześmiana.

- Skąd filharmonia ich wytrzasnęła? - myślałam sobie popychana wiatrem ku przystankowi MPK.

Internet oczywiście wiedział wszystko. Właściwie powinno się mówić Cigánski Diabli, bo zespół jest ze Słowacji. Powstał w 2007 roku. Współpracuje z orkiestrami symfonicznymi, kameralnymi, z solistami - na całym świecie. Muzykę klasyczną i tradycyjną cygańską aranżuje na styl jazzowy i etno, czasem rozrywkowy. Słowa najczęściej używane do opisania jego charakteru: ekspresja, wirtuozeria, dynamika, emocje, energia, charyzma, mistrzostwo instrumentalne, wielokulturowość. Miejsca jego koncertów - Filharmonia Berlińska, Royal Opera House w Londynie, Smetana Hall w Pradze, Concert Hall w Melbourne, Goldener Saal Musikverein w Wiedniu, Is Sanat Hall w Stambule. Plus występy na EXPO w Saragossie i Szanghaju. Reprezentował Słowację na olimpiadzie zimowej w 2010 roku w Vancouver i letniej w 2012 w Londynie.

Taak, to bardzo daleko od cygańskiej kapeli, której się po cichu spodziewałam. Takiej, która 200 lat temu rozgrzewałaby muzyką panów oficerów Lejb-Gwardyjskiego Pułku Huzarów Jego Wysokości cara batiuszki.

Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska


Joanna Skiba - czytaj więcej