SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Seks w malinach, czyli krzakanie

8 października 2025
Sylwia Bielecka
Udostępnij

Kiedy dzisiaj ktoś mówi, że „idzie w krzaki”, wiadomo, że nie chodzi o spacer botaniczny. Ale mało kto zdaje sobie sprawę, że to wyrażenie ma długą historię – i że wcale nie wymyślił go żaden kierowca TIR-a. Dawno, dawno temu, polska ludowość już dobrze wiedziała, że o miłości mówi się najlepiej z wykorzystaniem flory. Bo przecież nikt przyzwoity nie opowiadał wprost o „tych sprawach”. Od tego była kalina. I malina, a nawet agrest.

middle-WhatsApp-Image-2025-10-08-at-09.02.30.jpg

- Opowiem dzisiaj państwu o miłości, o miłości ludowej – tak rozpoczęła swój sobotni wykład w Ratuszu dr Olga Kielak z Instytutu Językoznawstwa i Literaturoznawstwa Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. - W polskiej kulturze ludowej, podobnie zresztą, jak i w innych kulturach świata, mówienie w sposób bezpośredni o relacjach intymnych i stosunku miłosnym uchodziło za rzecz niestosowną. Zamiast tego sięgano po język aluzji, metafor i porównań. Ten naszpikowany symbolami język pozwalał opisywać nieskrępowaną, młodzieńczą miłość fizyczną w sposób zawoalowany, ale jednocześnie zrozumiały kulturowo.

W świecie, gdzie każde słowo mogło trafić do ucha teściowej, albo nieżyczliwej sąsiadki trzeba było być sprytnym. Więc kiedy chłopak „poszedł w krzaki”, to raczej nie po szczaw. A gdy dziewczyna „zrywała kalinę” – nie chodziło o bukiecik na święto Matki Boskiej Zielnej. Ten cały zielony kod erotyczny był dawną wersją emotek, gdzie serduszka zastępowały krzewy i owoce.

Ludowe erotyki, czyli pieśni o miłości jeszcze nieusankcjonowanej przez księdza - albo nawet niemożliwej do formalizacji, z uwagi na interesy ekonomiczne, decyzje rodziców czy wolę dziedzica - pełne są takich aluzji. Tam, gdzie w miejskiej balladzie bohater „pali się z namiętności”, wiejski chłopak po prostu „rąbie leszczynę”. Brzmi jak praca fizyczna? A jakże. Ale przecież w tym cały urok – w dawnych pieśniach seks nie jest brudny ani grzeszny, tylko naturalny jak rosa o świcie.

middle-WhatsApp-Image-2025-10-08-at-09.02.30(1).jpg

- Folklor pieśniowy, odpowiadając na potrzeby wyrażania uczuć i pragnień, wykształcił bogaty system symboli związanych z erotyką, w którym rośliny zajęły miejsce szczególne – tłumaczyła dr Olga Kielak. - Śpiewano więc dawniej o dziewczynie, która kwiat kaliny łamała, na kozaczka mrugała czy o chłopaku, który orzeszki szczypie, w kieszonkę sypie nadobnej dziewczynie – nie mając wcale na myśli ani prozaicznej czynności łamania gałęzi kalinowego krzewu, ani – równie prozaicznego zajęcia zbierania orzechów laskowych.

Tworzące gęste zarośla krzewy w tych pieśniach są miejscem miłości, ale i ryzyka. Bo las malinowy, leszczynowy czy kalinowy to przestrzeń prywatności, której w wiejskim życiu brakowało. Tam można było wreszcie być we dwoje. Można było się w krzakach położyć (o stosunku heteroseksualnym), iść w krzaki (odbywać stosunki płciowe byle gdzie) albo na bzy (mieć spotkanie).

W pieśniach mamy też „krzakoterapię” (tak, istnieje takie słowo i oznaczało – uwaga - prostytucję uprawianą w lesie!) i „krzakanie” (seks na świeżym powietrzu). Tam, gdzie współczesny język wali prosto z mostu, w ludowej pieśni „wiatr łamie gałązkę”, „rosa pada na liście”. Chociaż słowo „krzakojeb, oznaczające osobę uprawiającą seks na łonie natury nie brzmi już tak niewinnie.

W tej ludowej symbolice kobieta i roślina stapiają się w jedno. Dziewczyna to kalina, malinowy krzew, leszczynka – coś, co kwitnie, dojrzewa, owocuje. Złamanie gałęzi, oberwanie owocu, rosa na liściu – to wszystko język miłości, cielesności, inicjacji. Kiedy chłopak prosi dziewczynę o jagody, niekoniecznie planuje dżem. A kiedy ona częstuje go malinami, wiedzmy, że będzie się działo. Symbolika roślinna staje się nośnikiem znaczeń związanych z kobiecością, cielesnością i inicjacją erotyczną.

middle-WhatsApp-Image-2025-10-08-at-09.02.30(4).jpg

Wiatr, jako zjawisko dynamiczne, powiązane z ruchem i gwałtownością, symbolizuje w polskim folklorze męską, życiodajną siłę, a łamiący leszczynę lub kalinę jest symbolem inicjacji miłosnej. Z kolei deszcz i rosa, kojarzone z wilgocią i płodnością, mogą być odczytywane jako metafory męskiego nasienia.

- Przykładów zbliżeń miłosnych w zaroślach krzewów znajdziemy w ludowych pieśniach bez liku, tak, jakby dawni mieszkańcy wsi uciechom cielesnym oddawali się niemal wyłącznie na łonie natury – opowiadała Olga Kielak. - Kochankowie spotykają się w borze, wśród jagód, za leszczyną lub w gęstej krzewinie. Miejscem aktów miłosnych bywa też często las malinowy, w którym dziewczyna traci wioneczek rozmarynowy czy kalinowy lasek, w którym leleń wodę pije, a żołnierz konia pasie, szablą trawę kosi, konikowi nosi. Obrazy jelenia pijącego wodę, utożsamianą z kobiecą wilgocią, czy pasienia i karmienia konia – w planie znaczeń naddanych – symbolizują akt miłosny.

Osobnym tematem w pieśniach jest jedzenie. Zjadanie owoców symbolizuje zbliżenie, a rozsypywanie jagód – utratę dziewictwa. Ludowa kultura była dużo bardziej subtelna od dzisiejszych reklam specyfików (tych, od których nomen omen konar zapłonie) - niby mówili o owocach leśnych, a wszyscy i tak wiedzieli, o co chodzi. Co więcej, dziewczyna wcale nie była bierna. Często to ona pierwsza sięgała po malinę, częstowała chłopaka, zapraszała do zabawy. Ewa z Raju mogłaby się sporo nauczyć od tej z podlaskiej wsi.

Nie zawsze jednak spotkania kończyły się idyllą. Pieśni znały też ciemniejszą stronę tej miłości w plenerze – gdy dziewczyna „zasnęła pod kaliną” i „uległa wbrew woli”. Wtedy kwiaty z jej wianeczka opadały jak łzy, a z malinowego snu budziła się już inna. Choć język pozostawał delikatny, historia bywała gorzka.

Zasnęła dziewczyna w lesie pod leszczyną,

jechali ułani, brzękali szablami i obudzili ją.

Ułani, ułani, dokąd tak jedziecie,

zgubiłam wianeczek, zgubiłam ruciany,

może go wieziecie?

Wieziemy, wieziemy, ale już niecały,

cztery fijołeczki, dwie białe różyczki

z niego obleciały

Jednak w większości tych pieśni dominuje ton radości i afirmacji życia. Seks jest tu częścią porządku świata. Wiatr, deszcz, rosa, owoce – wszystko współgra z rytmem ciała i natury.

Czy więc można powiedzieć, że nasi pradziadowie byli bardziej wyzwoleni od nas? Możliwe, bo wiedzieli, że miłość – choćby schowana w krzakach – jest częścią natury, a nie powodem do wstydu.

Następnym razem, kiedy usłyszycie, że ktoś „poszedł w krzaki”, nie śmiejcie się od razu. To nie brak romantyzmu, tylko echo starych pieśni, w których maliny dojrzewały szybciej od dziewczyn, a wiatr – jak to wiatr – zawsze wiedział, kiedy zawiać...

Wykład "Rośliny w ludowym języku miłości" odbył się 4 października w Ratuszu w ramach projektu Muzeum Częstochowskiego "Etnobotaniczne wibracje", dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dr Olga Kielak jest etnolingwistką, doktorem nauk humanistycznych w zakresie językoznawstwa, adiunktem w Instytucie Językoznawstwa i Literaturoznawstwa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się wokół lingwistyki kulturowej, w tym zwłaszcza problematyki językowego obrazu świata. Jest również autorką licznych publikacji poświęconych wyobrażeniom zwierząt i roślin w języku i kulturze.

Kolejne spotkania z cyklu "Etnobotaniczne wibracje" to warsztaty kadzidlane z Moniką Opieką z Olfaktorie Bottanicum (11 października), warsztaty akwareli botanicznej z Magdą Sawicz z "Botanicznych Historii" (18 października) oraz czarowne spotkanie z Joanną Laprus (28 listopada). Szczegóły na stronie www.muzeumczestochowa.pl.

Sylwia Bielecka - czytaj więcej