Poetka naszych dni
Olga
Siwczyńska została laureatką ogólnopolskiego konkursu Poeta Naszych Dni. W
środę, 29 października o godz. 17.00 w Kawiarni Alternatywa 21 na Starym Rynku
zaprezentuje swój debiutancki tom wierszy pod tytułem „Słowa konieczne”.

Wolisz czytać swoje wiersze, czy o nich opowiadać?
Olga Siwczyńska: Uwielbiam czytać swoje wiersze, choć na ogół nie przepadam za czytaniem poezji. Naprawdę rzadko to robię, wolę jakieś krwawe kryminały. Jednak swoje wiersze uwielbiam czytać. To jest strasznie upajające. Ale mogę też o nich dużo opowiadać.
To zacznij opowieść od tego, skąd się wziął Twój pierwszy tomik „Słowa konieczne”.
- Jest nagrodą, którą wygrałam za zajęcie drugiego miejsca w konkursie Poeta Naszych Dni 2023. Wydanie tomiku było nagrodą za zwycięstwo. Jednak laureat pierwszego miejsca po pewnym czasie zrezygnował i ta nagroda przeszła na mnie. Podejrzewam, że gdybym od razu zajęła pierwsze miejsce, dobór wierszy mógłby być trochę inny.
To wybór wierszy z całego twojego życia?
- Tak. Napisałam ich już tyle, że mogę sobie po prostu wybierać. W tomiku znalazło się 61. To bardzo dużo. Są ułożone mniej więcej chronologicznie. Wymyśliłam sobie, że pierwszym będzie w ogóle pierwszy wiersz jaki kiedykolwiek napisałam, a ostatni był w tamtym czasie najbardziej aktualny. To wiersz, który powstał dzień przed wysłaniem do wydawnictwa. Tak, że jest to przekrój przez wszystkie lata mojego pisania.
Jak powstał ten pierwszy?
- Ma tytuł „Smutek”. Pamiętam dokładnie, jak to było. Miałam siedem lat. W szkole wychowawczyni wypatrzyła u mnie jakąś iskrę talentu i pchała na różne wydarzenia. Tak z moją ukochaną prababcią Jasią wylądowałam kiedyś po południu w Ośrodku „Gaude Mater” i usłyszałam, jak dziewczynka deklamuje swój wiersz. Wróciłam do domu, siadłam i napisałam swój, po czym zaniosłam go do rodziców, a oni zapytali mnie, czy wiem, co to jest plagiat. Chyba nawet nie rozumiałam tego słowa, ale zrobiło mi się bardzo przykro i obraziłam się na nich, bo to był mój absolutnie autorski wiersz. Za 2-3 dni napisałam kolejny. I okazało się, że to jednak nie są plagiaty.
Ten drugi wiersz też jest w tomiku?
- Też jest. Takie były początki, a potem chyba w szkole najfajniej mi się pisało. Mam nawet do tej pory taki notesik, gdzie zapisywałam wiersze. Mieliśmy akurat pod rząd dwie lekcje: WOS i historię. No, nie była to moja ulubiona część dnia w szkole. Połowa klasy spała, a ja siedziałam i pisałam. W tamtym okresie powstało naprawdę dużo takich fajnych wierszy, które do tej pory lubię i jestem chyba najbardziej z nich dumna.
Jesteś najbardziej dumna z wierszy, które napisałaś jako nastolatka?
- Zdecydowanie. Podjęłam również próbę napisania sztuki teatralnej na bazie starego Zakopanego, w której się pojawia duch Witkacego. Mówi jego tekstami i jest wplatana gwara góralska. Tylko nigdy nie miałam czasu, żeby dokończyć to dzieło, ale może jeszcze wszystko przede mną. Lubiłam także eseje. W okresie studiów kilka napisałam i to była forma, która bardzo mi odpowiadała. Pisałam jeszcze epopeję, ale też jej nie dokończyłam. Za to wierszy jest naprawdę dużo. Mam trzydzieści lat, a piszę je od ponad dwudziestu.
Jest materiał na kilka zbiorów poezji?
- Może nie na kilka, ale na następny na pewno.
To ile napisałaś wierszy w życiu?
- Ponad 200. Nigdy tego aż tak bardzo skrupulatnie nie liczyłam.
Leżą w szufladzie, czy są w komputerze?
- W szufladzie. Jest pełna zapisanych kartek, bo uwielbiam pisać wiersze ręcznie. Potem jest największy problem, żeby siąść i przepisać tekst do komputera. Bo najpierw trzeba wszystko rozszyfrować, sprawdzić, czy faktycznie ma taki sens, jak miało być pierwotnie. No, a potem przepisywać. A że ja nie lubię pisać na komputerze, to już w ogóle dla mnie jest to problematyczne. Z reguły ja dyktuję, a Krzyś pisze. Mam skrybę.
Krzyś to Twój mąż. Jest bohaterem wierszy?
- Niektórych tak.
Erotyków?
- Nie. Właśnie nie, bo moje erotyki są pisane głównie z pozycji faceta, więc to nie jest do Krzysia. To jestem ja, moje alter ego męskie. Ale niektóre wiersze są pisane do niego, tak jak i do mojego pięcioletniego syna Rocha. Te jeszcze muszą poczekać w szufladzie, żeby mogły ujrzeć światło dzienne, musi to wszystko dojrzeć. W tym tomiku ich nie ma.
Zdarza się, że po paru latach czytasz swój wiesz i chcesz go zmienić.
- Nigdy. Chyba nigdy nie poprawiałam żadnego wiersza, ani nie zmieniłam. To jest ten moment. Ta chwila. Uważam, że tak powinno zostać. Mało tego, jak byłam kilka lat młodsza, miałam taką zdolność, że potrafiłam bez nauki zapamiętać większość moich wierszy. Wciąż jestem w stanie powiedzieć je z pamięci, szczególnie te starsze.
Ale w trakcie pisania chyba od czasu do czasu coś skreślasz?
- No tak, skreślam. Ale jak skończę pisać, to wiersz już jest gotowy. Zostaje taki, jaki ma być i go nie tykam.
Skoro piszesz wiersze już od ponad 20 lat, to chyba w tym czasie się trochę zmieniałaś.
- Tak i to po tych tekstach też chyba widać. Tak mi się wydaje. Teraz mam mniej czasu na pisanie, a przede wszystkim często jakby mniejszą ochotę. Pamiętam, że kiedy chorowałam na depresję, to był moment w moim życiu, kiedy nie powstał żaden tekst. Przez dwa lata nie napisałam kompletnie nic. Zauważam taką prawidłowość, że albo mi po prostu wpadnie jakiś ciekawy zlepek słów do głowy i wtedy piszę, albo muszę być bardzo spokojna, zadowolona i taka wyciszona, żeby móc coś napisać. Ja tego nie planuję. To jest bardzo spontaniczne, te wiersze po prostu ze mnie wypływają. Nie zmuszam się do pisania, to zawsze jest naturalna inspiracja.
Czyli nie jest tak, że regularnie co kilka dni piszesz sobie wierszyk.
- Nie, nie. Tak bym nie chciała. W liceum były czasem sytuacje, że ktoś mnie prosił: napisz wiersz o jakiejś tematyce albo z jakiejś okazji. Siadałam i pisałam. Wychodziły nawet ciekawe, fajne, ale czy sprawiało mi to frajdę? Nie do końca. Wiem, że potrafię, ale nie lubię pisać na zamówienie i tak po prostu nie robię. Coś zobaczę, coś mnie zafascynuje, to tak, bo kiedy piszę to muszą być jakieś emocje.
Tym co Cię fascynuje są na przykład góry.
- Tak. Uwielbiam góry, chodzić po nich aż poczuję zmęczenie. Zarażam tym moje dziecko. Jest u mnie na co dzień taka silna tęsknota za górami, że sobie muszę je zwizualizować przy pomocy długopisu i kartki, niekoniecznie rysując, ale opisując. Jestem w stanie w górach usiąść i się popłakać, bo jest mi tak dobrze, że jestem tu, gdzie jestem. To jest właśnie ten moment, kiedy siedzę, patrzę sobie na modrzew, bo mi się podoba i czuję zrelaksowana. I to był najlepszy moment, żeby coś napisać. Inspirują mnie też sztuki wizualne. Beksiński, Hasior, Witkacy…
To również artyści związani z górami.
- U mnie najpierw były Tatry, potem zaczęłam jeździć w Bieszczady. To znowu był taki bum emocjonalny i dużo tych wierszy bieszczadzkich powstało. Ale na przykład o Górach Stołowych nigdy nie pisałam, mimo że Góry Stołowe także lubię. To jest nie tylko przywiązanie do miejsca, ale jeszcze kwestia łączenia tego z dzieciństwem, z taką beztroską, kiedy jeździłam na wakacje z rodzicami.
Czyli góry to trochę zasługa rodziców.
- Oj tak, pokochałam je tylko i wyłącznie dzięki nim. Opowiem Ci pewną historię. Miałam chyba 11 lat. Moi rodzice, za moją zgodą, zostawili mnie pod opieką pań w schronisku pod Wielką Rawką i poszli w góry. Tak mi się tam podobało, że chciałam od razu to opisać. Poprosiłam o kartkę i ołówek i napisałam wiersz, który potem przez wiele lat wisiał na ścianie schroniska.
Można to chyba nazwać poetyckim natchnieniem?
- To są takie przypływy. Lubię być zła w tych wierszach i lubię zaskakiwać. Jestem ironiczna. Mam wrażenie, że jak się tak pobawię słowem, jak mi tam zlepek śmiesznych słów wyjdzie, to wtedy jestem bardzo zadowolona. A jak piszę na przykład takie bardziej melancholijne rzeczy, nie mam takiej dużej satysfakcji. Zdecydowanie wolę ostrzejsze słowa i to mnie najbardziej nakręca w tym pisaniu. Wtedy potrafię stworzyć serię 3-4 wierszy naraz. A jak napiszę tak bardzo melancholijny wiersz, to potem po prostu płaczę. Czytam go kilka razy i już się nie mogę wdrożyć dalej w to pisanie. Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mama zaniosła moje pierwsze wiersze do pracy. Jej koleżanki stwierdziły, że musiała mnie spotkać jakaś przykrość, bo piszę takie smutne teksty. A ja chyba po prostu z natury jestem pesymistyczna, mimo że może na pierwszy rzut oka tego nie widać, bo się dobrze kamufluję. Ale pisząc zrzucam wszystkie maski. Wydaje mi się, że to jest coś, co jest częścią mnie, mojej osobowości, jakimś bardzo ukrytym zakamarkiem mojej duszy, często ciemnym, mrocznym. Czy coś złego się wydarzyło, że tak piszę? Nie, nic. Po prostu życie jest takie słodko-gorzkie.
Wiemy już kiedy piszesz wiersze, ale po co je piszesz?
- Nie wiem, nigdy nie wiedziałam. W ogóle się nad tym nie zastanawiałam.
Czyli nie są Ci konieczne do życia?
- O widzisz, to jest ciekawe pytanie. No, chyba są, skoro ze mnie wyłażą cały czas. Gdyby nie były, to bym nie potrzebowała tego pisać. A z drugiej strony to jest mój czysty egoizm. Po prostu jak już coś napiszę, to się tym napawam, ekscytuję. Może nie cały czas, ale w takich momentach jak na przykład przed wieczorem autorskim, kiedy muszę przeczytać je kilka razy.
Ale powiedziałaś, że lubisz je czytać.
- Lubię, ale nie zawsze publicznie. Formuła poetyckich pojedynków, slamów czy konkursu jednego wiersza jest nie dla mnie. Pewna nauczycielka w liceum, która znała większość moich tekstów, wysłała mnie kiedyś na taki konkurs. Tak się bałam, że namówiłam koleżankę, żeby podała się za mnie i przeczytała mój wiersz. To sobie wyobraź do jakiego stopnia nie lubię takich sytuacji.
Nie chciałaś wcześniej wydać swoich wierszy?
- Na studiach podjęłam pierwszą próbę. Nawet już była okładka wybrana i wszystko gotowe, ale okazało się po trzech dniach, że moje wiersze są jednak niedobre i nieodpowiednie.
Kto Ci powiedział, że są niedobre?
- Pani, która najpierw mnie zachęcała do pisania. Była na spotkaniu, gdzie czytałam wiersze i powiedziała, że doprowadzi do ich wydania. I już wszystko miało być dopięte na ostatni guzik. W moich tekstach o górach jest dużo specjalistycznych określeń, jak seraki czy nawisy. Pamiętam, że poszłam po trzech dniach do tej pani i widzę, że moje teksty są całe pokreślone. Tłumaczę, że to są takie górskie terminy, a pani na to, że nikt ich nie będzie rozumiał. Mówię, że nie musi, bo to nie jest mój główny cel, żeby moje wiersze były rozumiane. Lubię, jak się czuje moje wiersze i emocje, a niekoniecznie musi się je rozumieć. Ale pani tego nie zrozumiała i z wydania tomiku nic nie wyszło.
Ale kilka wierszy już opublikowałaś.
- Tak. Moje teksty się ukazały w „Teksturze”. To taki magazyn uniwersytetu w Toruniu, gdzie studiował mój przyjaciel Filip. W sumie to on jest ojcem mojego sukcesu, bo znalazł mi te wszystkie konkursy. Ja po prostu wysłałam teksty. Po jednym z konkursów, dwa lata temu, pięć moich wierszy trafiło do ogólnopolskiej antologii poezji współczesnej, a teraz doczekałam się autorskiego swojego tomiku. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.
To jest tomik, który wydałaś, a jaki będzie kolejny?
- Planuję ze znajomym, który drukuje różne rzeczy, wydać tomik samodzielnie, bez współpracy z wydawnictwem. Po prostu wydrukować go z własnych środków, dla przyjaciół i znajomych. Wtedy będę mogła powybierać do niego dowolne wiersze.
*Olga Siwczyńska jest częstochowianką, absolwentką I Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego oraz pedagogiki na Uniwersytecie Jana Długosza. Jej tomik „Słowa konieczne” opublikowało Wydawnictwo Borgis – organizator konkursu „Poeta Naszych Dni”.
Fot. Grzegorz Skowronek
