Po prostu pastelowe
Było spokojnie i kameralnie – bez sceny, bez nadęcia. Spotkanie z Adelą Wiśniewską w Bibliotece Publicznej im. Władysława Biegańskiego bardziej przypominało rozmowę przy kawie niż oficjalne wydarzenie.

W programie cyklu „Częstochowskie opowieści” - organizowanego w ramach 200-lecia połączenia Starej i Nowej Częstochowy - zapowiadano rozmowę o doświadczeniu bycia artystką i o inspiracjach kształtujących twórczość Adeli Wiśniewskiej. Od początku jednak wydarzenie przybrało kameralny, swobodniejszy charakter. Dygresje, wspomnienia, śmiech i powracanie do wcześniejszych wątków układały się w nieformalną opowieść, w której każda historia mogła rozwinąć się własnym rytmem. Oficjalna formuła szybko zeszła na dalszy plan.
Opowieść, zamiast życiorysu
Adela Wiśniewska od lat wraca do natury, ale nie robi tego w oczywisty sposób. Od samego aktu tworzenia i oglądania istotniejsze jest dla niej to, co po tym zostaje - a jest to nastrój, pamięć konkretnego miejsca, wrażenie obecności czegoś większego niż sam widok. Opowiadała o swoich wyborach, które - jak to zwykle bywa - układają się w sens dopiero po czasie. O tym, że najpierw była medycyna, potem fizyka, a dopiero później malarstwo w Łodzi. O tym, że obok tej drogi toczyła się druga, prywatna, związana z jej mężem, który wybierał aktorstwo. Trochę historia sztuki, trochę historia miłości.

Pojawiały się nazwiska i obrazy z innej epoki, wspomnienia plenerów, na których spotykali się artyści, często malując siebie nawzajem. Mówiła o środowisku, w którym funkcjonowali m.in. Franciszek Starowieyski i Jerzy Duda-Gracz. O pracy w terenie, o ciągłym byciu w drodze, jeżdżeniu po Polsce z malarstwem, które nie znosi zamknięcia w pracowni. Bezpośrednio z tej potrzeby wzięła się zresztą „Jurajska jesień” - niezwykle popularny wśród częstochowskich artystów plener malarski.
Dlaczego właśnie pastel
Jej droga artystyczna nie była jednak pozbawiona życiowych trudności. W pewnym momencie pojawiła się choroba – rak, który wymógł m.in. zmianę sposobu pracy. Zrezygnowała z farb olejnych, zbyt obciążających przez swoją chemiczność, i zamieniła je na pastele. Dziś najczęściej maluje portrety. I może właśnie tam najpełniej widać jej sposób patrzenia: skupiony, cierpliwy, uważny na obecność drugiego człowieka, a jednocześnie jakby odsunięty od dosłowności.

Pastel to medium, które nie pozwala na dominację, nie narzuca się jak olej, nie buduje ciężaru, nie przykuwa uwagi efektem. Jest kruche, pyłowe, łatwo je zetrzeć, równie łatwo rozproszyć, a ze względu na to wymaga innego rodzaju obecności – bardziej czujnej niż zdecydowanej. Kolor osiada, a linia nie zamyka formy, tylko ją sugeruje. To technika, która z natury bliższa jest pamięci niż szczegółowej rejestracji. To tutaj malarstwo Adeli Wiśniewskiej znajduje swój najpełniejszy wyraz: w konsekwentnym trwaniu przy tym, co delikatne i z reguły łatwe do przeoczenia. W próbie zatrzymania czegoś, co z natury chce się wymknąć.
Bliskość, która pojawiła się w trakcie spotkania 25 marca, nie była więc tylko efektem rozmowy, bo wynikała z tego samego porządku, co jej malarstwo. Z uważności i z pozwolenia rzeczom wybrzmieć we własnym tempie. Było to spotkanie kameralne i bardziej nastawione na rozmowę niż formułę wydarzenia — dobrze wpisujące się w charakter cyklu „Częstochowskie opowieści”.
Fot. Łukasz Kolewiński
