Pisarz-zodiakara, Toskania i basen
Pomysł powieści „Znaki zodiaków” narodził się na długo przed jej tegoroczną premierą. Na początku pewne były tylko trzy kwestie: tytuł, Toskania i basen. O tym, co było dalej, Maciej Marcisz opowiedział podczas spotkania, które odbyło się niedawno w ramach literackiego cyklu organizowanego przez Hotel Arche.
Przyznam, że nic mnie tak nie mobilizuje do tego, żeby „zagęścić ruchy” z czytaniem, jak zbliżające się spotkanie autorskie. Gdy pojawiły się zapowiedzi, że Maciej Marcisz znów zagości w Częstochowie, zaciekawiona postanowiłam sprawdzić, co i przede wszystkim – jak pisze. Wcześniej zupełnie umknął mi fakt, że w 2021 r. pisarz, który związany jest z branżą wydawniczą, był już w naszym mieście (a dokładnie w Kawiarni Alternatywa 21). Wtedy na koncie miał „Taśmy rodzinne” i „Książkę o przyjaźni”.
Zaczęłam od pierwszej pozycji, której główny bohater Marcin Małys ma 30 lat, 63 tys. zł zadłużenia i bardzo mętną wizję własnej przyszłości. Laureatka Nike Joanna Bator napisała o tej książce tak: „Taśmy rodzinne” to mięsista, napisana z talentem i wielką empatią opowieść o rozpadzie więzi rodzinnych i próbie ich sklejenia. I rzeczywiście Marcisz talent ma niepowtarzalny. „Taśmy” łyknęłam w momencie. To naprawdę solidna literatura, za którą stoi nie tylko pomysł, ale i warsztat. Teraz w kolejce czeka już „Książka o przyjaźni”, a potem wiem, że muszę zabrać się za „Znaki zodiaku”, czyli najnowsze dziecko literackie autora.
Kameralne towarzystwo

Premiera „Znaków” odbyła się w czerwcu i to ten tytuł dostarczył okazji do rozmowy, którą z autorem przeprowadził Robert Jasiak. Spotkanie odbyło się 23 lipca w ogródku Hotelu Arche. Już z pierwszych zwiastunów książki, czuć, że Marcisz nie wybiera łatwych rozwiązań („Taśmy rodzinne” miały nie tylko nostalgiczny, ale i gorzki posmak, nie były słodkawą gumą Turbo, a bardziej medykamentem, który nie każdy chce przełknąć). I teraz też nie ucieka od trudniejszych kwestii.
- Jedną z głównych bohaterek jest Ida. Poznajemy ją w sytuacji głębokiego kryzysu psychicznego. Jedna z pierwszych scen w powieści, zaczyna się tak, że ona wychodzi z domu o dosyć dziwnej godzinie, zaczyna się błąkać po mieście i nie jest to wprost powiedziane, ale można odczytać z powieści, że rozważa próbę samobójczą. W finale zgłasza się do szpitala psychiatrycznego i tam uzyskuje pomoc. Dziś to zdrowie psychiczne z jednej strony stało się dla nas ważne, a z drugiej – wszyscy jakoś tam się z nim zmagamy – mówił Marcisz.
Okazuje się, że w pierwotnym zamyśle „Znaki zodiaku” miały być bardziej powieścią o relacjach romantycznych (jaki jest finalny efekt, każdy z nas sprawdzi osobiście). – Miały być również dodatkowe postacie, które ostatecznie wypadły, bo miałem poczucie, że i tak jest ich dosyć dużo i że nie zapanuję nad nimi wszystkimi. Bałem się, że mogę doprowadzić do takiej sytuacji, że osoby czytające się w tym pogubią. Zdecydowałem się na trochę bardziej kameralne towarzystwo.
Odpowiedzialność pisarza

Zostając przy bohaterach, była mowa o Idzie, teraz pora na Maksa. Pisarza, który wkrótce ma szansę otrzymać najważniejszą nagrodę literacką w kraju. Sławę przyniosła mu autobiograficzna trylogia, w której przedstawił swoje trudne dzieciństwo. Zawód, który uprawia bohater sprawia, że to z nim utożsamiamy autora, jednak on sam nie ukrywał, że to stany, które odczuwa Ida, są mu bliskie.
- Postać Maksa budowałem, myśląc, że będzie ona negatywna. Pomyślałem sobie, że może to jest ten moment w polskiej powieści, że można już wprowadzić złego geja, który robi niefajne, cyniczne, nieetyczne rzeczy. Bo, gdy jesteś twórcą w kraju, gdzie mniejszości walczą o swoje prawa, to czujesz taki ciężar, żeby tych postaci z różnych mniejszości nie przedstawiać w żaden sposób negatywnie. Każdy z nas popełnia błędy, każdy z nas robi różne rzeczy, czasami dziwne, ale jakoś tak jest, że jeżeli jakakolwiek osoba z mniejszości robi coś takiego w fikcji, to od razu obawiasz się, żeby ktoś, kto to czyta, nie przeniósł tego na prawdziwe życie. Miałem obawy, ale pomyślałem też, że może taki zabieg doda postaci takiego ludzkiego wymiaru – wyjaśniał Marcisz.
Znaki zodiaku, Toskania i basen
I choć książka niedawno trafiła na półki księgarń, to pomysł jej napisania nie jest wcale nowy. - Już dawno temu chciałem napisać taką wakacyjną powieść. Na samym początku wiedziałem o niej dosłownie trzy rzeczy, że będzie się nazywała „Znaki zodiaku”, że będzie w niej basen i że akcja będzie działała w Toskanii – zdradził. Potem – jak to w życiu bywa – zadziałał przypadek. - Trzy lata temu moja przyjaciółka, a tak właściwie rodzina mojej przyjaciółki, kupiła chatę w Toskanii i mnie zaprosiła. I tak to się zaczęło. Mówię: jeżeli taki mam sygnał od świata, że dostaję zaproszenie do domu w Toskanii, to już muszę napisać tę książkę. Kiedy się tam pojawiłem, to już z taką myślą, że muszę zacząć rejestrację i wszystko, co się wydarzy, będzie w jakiś sposób materiałem do powieści.

Co ciekawe, kolejny włoski epizod nastąpił trzy lata później. – Ta sama przyjaciółka ze swoją koleżanką otworzyła restaurację w tym mieście i zaproponowały mi, że zrobi mi tam spotkanie autorskie. To była przyjacielska, trochę szalona inicjatywa na zasadzie: słuchaj Maciek, i tak jesteś u mnie, no to chodź, zrobimy to spotkanie. Ja mówię: ale kto na nie przyjdzie, Aniu? Po co mamy to robić? Ona stwierdziła, że najwyżej nikt nie przyjdzie, postawi kelnera i po prostu będziemy sobie gadać. No i tak się to skończyło, że na spotkanie przyszli przyjaciele, którzy tam byli razem ze mną i dwie Polki, które mieszkały gdzieś w okolicach. Jednak uznaliśmy, że warto było to zrobić dla samej anegdoty i dla takiego właśnie marzenia, że masz spotkanie autorskie we Włoszech – opowiadał literacki gość.
Karty tarota
Częstochowskie spotkanie było okazją do tego, by ujawnić jeszcze jeden fakt, a mianowicie, że Maciej Marcisz jest zodiakarzem. Choć na potrzeby tej rozmowy przyjęto bardziej popularną, czyli damską wersję osoby wierzącej i interesującej się znakami zodiaku. – Nigdy nie miałem się za zodiakarę, zawsze raczej miałem takie poczucie, że okej, to jest coś ciekawego, raczej nieszkodliwego, ale powiedzmy, że nie dla mnie. Potem się pojawiła pandemia, lockdown i mój przyjaciel bardzo się wkręcił w tarota. Kupił sobie talię (taką bardzo fajną, hiszpańską, bo w ogóle te karty są zawsze piękne) i wziął mnie na przetestowanie. To w ogóle jest taki przyjaciel, który co jakiś czas ma różne zajawki. Niedawno na przykład zrobił kurs masażu i też byłem jednym z jego pierwszych obiektów. Więc raz masaż, raz tarot. Pierwszego postawił mi na Zoomie i wtedy mi się to bardzo spodobało. Zwłaszcza sam język tarota, język astrologii.

I tak pisarz dał się wciągnąć w zodiakarstwo. - Zgłębiłem całą tę dziedzinę, posłuchałem, poczytałem książki, bo przecież astrologia jest dziedziną, która ma tysiące lat. Ludzie wpatrywali się w niebo od momentu, kiedy pojawili się na tym świecie. Jung mówił, że „astrologia jest sumą wiedzy psychologicznej ludzkości”. Czyli teraz mamy psychologię, a kiedyś ludzie opowiadali sobie o tym, jakie mamy osobowości, właśnie poprzez astrologię.
Tarot wpisał się również w wakacyjne spotkanie. Autor przywiózł bowiem ze sobą talię kart. Na finał chętni (i odważni) mogli wiec liczyć nie tylko na autograf w książce, ale i wróżbę. - Kto chce i kto się nie boi, może ode mnie wylosować jedną kartę tarota i zabrać ją ze sobą. Od razu powiem, że nie jestem tak dobrym tarocistą, żeby przedstawiać wam interpretację na bieżąco, ale możecie sobie sprawdzić ją w domu. Osoby, które się trochę boją, uspokoję, że skonsultowałem tę czynność i mogę działać pod warunkiem, że wyciągnę z talii dwie karty: wieżę i diabła. I to zrobiłem. Wisielec jest już ok, tak samo jak śmierć. Dlaczego? Bo karta śmierci w tarocie to zazwyczaj nowy początek, otwarcie, jakaś odnowa. Paradoksalnie w tarocie jest bardzo mało złych kart, wszystko zależy od interpretacji. No i tak poza tym, to tarot mówi nam o nas tylko to, co już sami wiemy.
Sama karty nie wyciągnęłam, ale ciekawa jestem, co to rozdanie przyniosło pozostałym uczestnikom…
Fot. Grzegorz Skowronek
