Ostatnie wakacje przed wojną [CZĘŚĆ DRUGA]
Lipiec 110 lat temu w Częstochowie był burzowy i burzliwy. Prasa zanotowała większy niż we wcześniejszych latach urodzaj na spadające z nieba... samoloty. Policja też miała co robić.

Pierwszą część tej relacji sprzed 110 lat kończył opis sytuacji pogodowej: susza, burza, nawałnica, upał, znów burza, huragan. Dodajmy do tego jeszcze ciekawostkę związaną z pogodą, a zaobserwowaną pod Radomskiem. Oto w połowie lipca „Goniec Częstochowski” zaintrygował czytelników informacją o dziwnym zjawisku świetlnym, którego świadkami byli mieszkańcy letniska Rajec i wsi Antoniów. Jeszcze przed zachodem słońca, na niebie zasnutym burzowymi chmurami ukazał się od południowego wschodu krzyż równoramienny, barwy ciemno-morelowej, poczem ten przeistoczył się w promieniste koło – tejże samej barwy, tylko nieco jaśniejsze. Po paru minutach wszystko znikło.
Jedna z burz doprowadziła do rozbicia wojskowego aeroplanu, jednego z pięciu zmierzających z Warszawy ku Częstochowie. Przy czym cała ta wyprawa była pechowa. Maszyn wyleciało pięć. Trzy miały po drodze awarię i nie osiągnęły celu. Czwartą wspomniana burza zmusiła do lądowania niedaleko Kłomnic; samolot się roztrzaskał, lotnik wyszedł cało. 10 lipca dotarł do Częstochowy tylko jeden aeroplan, systemu Newport, pilotowany przez porucznika Korownikowa z pasażerem w osobie sztabskapitana Draczuka. Na polach za koszarami Zawady przy dzisiejszej ul. Dąbrowskiego witali ich naczelnik dywizji, policmajster baron Stromberg, oficerowie 7. Pułku Strzelców i 14. Pułku Huzarów.
Zaś kilka dni wcześniej zwalił się z nieba aeroplan porucznika Pawłowa. Doświadczony ten pilot miał za sobą aż 400 udanych lotów. Podczas manewrów w 1913 r. przebywał w powietrzu po sześć godzin, pełniąc służbę wywiadowczą. Teraz dobrą passę przerwał mu mechanik Monachow: przygotowując aeroplan do startu w Modlinie nie zauważył, że przydeptał rurkę łączącą ster z resztą aparatu, nieco ją wyginając. W Piotrkowie pilot musiał lądować z powodu złamania części steru. Uszkodzenie naprawiono w warsztatach kolei warszawsko-wiedeńskiej, wtedy też porucznik dostrzegł wygięcie. Uznał, że rurka wytrzyma i wzbił się w powietrze. Wytrzymała – do Częstochowy. Akurat nad Lisińcem pękła i ster przestał działać.

Wszystkie te szczegóły ustaliła specjalna komisja lotnicza, po dokładnym zbadaniu strzaskanego samolotu. Rannym porucznikiem opiekowano się w Częstochowie, dopóki jego stan nie pozwolił na przewiezienie pacjenta koleją do Warszawy.
A skoro przy maszynach jesteśmy: jedna odegrała kluczową rolę w wydarzeniu, które „Goniec...” opisał pod tytułem „Orgje motocyklistów”. Oto niejaki pan B. wieczorem 11 lipca w II Alei dał się ponieść szybkości. Jeździł szalonym pędem tam i z powrotem, płosząc ludzi i konie, potrącając psy – siejąc jednem słowem uzasadniony lęk i trwogę o całość członków, a nawet o życie przechodniów.
Mieliśmy też inne lokalne sensacje angażujące policję, a elektryzujące opinię publiczną. 2 lipca „Goniec...” donosił, że aresztowano na Rakowie Franciszka Nogiego, lat 40, który trzy lata wcześniej zniewolił swoją 12-letnią córkę Michalinę, a potem utrzymywał z nią kazirodcze stosunki. Później Nogi został uniewinniony przez sąd okręgowy w Piotrkowie (Częstochowa znajdowała się wówczas w guberni piotrkowskiej). Oto badanie lekarskie jego córki wykazało, że jest ona dziewicą, a w toku śledztwa ustalono, że Nogiego oskarżyła fałszywie… własna żona – przez zemstę za obicie jej.
Przez cały miesiąc kilkukrotnie powtarzały się informacje o napaściach na kobiety i gwałtach. Jedna z tych spraw była szczególnie drastyczna: ofiarą podwójnego gwałtu padła 11-letnia dziewczynka, którą potem sprawcy udusili.
.jpg)
20 lipca wstrząsnęła miastem zbrodnia dokonana w Alei 36, w mieszkaniu szewca Aleksandra Gołaszewskiego. Jego zięć Kajetan Doręgowski w ataku szału zabił swoją żonę Janinę i jej 17-letniego brata Edwarda, a drugiego brata, Józefa, oraz teścia poważnie poranił. Użył długiego, obosiecznego noża do cięcia fiszbinów; było to narzędzie pracy jego żony, prowadzącej pracownię gorseciarską. Doręgowski, garbarz z zawodu, pochodził z Łodzi, przez jakiś czas przebywał w Brazylii. Wrócił do Polski, osiadł w Częstochowie i tu się ożenił. Ponieważ nie mógł znaleźć pracy, planował ponowny wyjazd do Ameryki Południowej - teraz już z żoną. Na to jednak nie chciała się zgodzić rodzina Gołaszewskich, zwłaszcza gdy się okazało, że pani Janina oczekuje dziecka. Kłótnie były coraz poważniejsze, aż doszło do tragedii. Sprawca sam oddał się w ręce sprawiedliwości.
Pozostajemy w kręgu tematów policyjnych. 8 lipca miasto zelektryzowała kolejna nowina natury obyczajowej: łapią prostytutki. Akcję przeprowadzono na polecenie władz gubernialnych. Aresztowano 21 kobiet.
Podobnie jak na natrętne panie, narzekano na Cyganów, którzy akurat wtedy rozłożyli się taborem na Zawodziu – że zaczepiają przechodniów i żebrzą. Pisał „Goniec”: Faktem jest jednak, że na nich nie zyskuje bezpieczeństwo publiczne. Między innemi oni są też nieraz przyczyną zbiegowisk, awantur i bójek […]. Nie dalej jak wczoraj w jednej z trzeciorzędnych restauracji w okolicy Nowego Rynku wszczęli awanturę, która tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi nie miała tragicznego końca.
Mieliśmy też sytuację podobną do tej z góralami i końmi wożącymi turystów nad Morskie Oko. Tyle że u nas chodziło o tzw. resorki – wozy utrzymujące stałą komunikację między centrum miasta a Ostatnim Groszem i nowym dworcem kolei herbsko-kieleckiej. Członkowie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami coraz częściej alarmowali zarząd swej organizacji, że właściciele „resorek” okrutnie męczą konie - nie licząc się ze stanem drogi, ani ze stanem zwierząt, przewożą jednorazowo po 12, 14, 16 i 18 osób. Zarząd z kolei ostrzegał na łamach „Gońca…”, że każde takie powiadomienie Towarzystwo kieruje „na właściwą drogę i śledzi celem ukarania winnego”. Jednocześnie zachęcał członków, by interweniowali osobiście i bezzwłocznie, proponując woźnicom zmniejszenie liczby pasażerów, a w razie odmowy szukali pomocy u posterunkowego.
Co jeszcze? Zanotowano zwiększony popyt na wódkę. I to zwiększony poważnie, bo aż o 20 proc. w stosunku do ubiegłego lata. Największym powodzeniem cieszyły się butelki o pojemności 100 i 200 ml, czyli tak zwane dzisiaj małpki. Zapowiadano rychłe wycofanie ich z obiegu, częstochowianie prawdopodobnie kupowali je na zapas.
Ciąg dalszy nastąpi…
Fotografie:
Koszary_Zawady.jpg
Koszary Zawady
Fot. Ośrodek Dokumentacji Dziejów Częstochowy/Muzeum Częstochowskie
Samolot_przy_koszarach_Zawady.jpg
Samolot przy koszarach Zawady
Fot. Ośrodek Dokumentacji Dziejów Częstochowy/Muzeum Częstochowskie
Dom_Aleja_36.jpg
Budynek przy Alei 36 (ten z szyldem, za gmachem banku). To tutaj doszło do podwójnego zabójstwa w rodzinie Gołaszewskich.
Fot. Ośrodek Dokumentacji Dziejów Częstochowy/Muzeum Częstochowskie
