SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Mistrz kolki ze śmiechu

21 maja 2024
Udostępnij

23 maja wypada 150. rocznica urodzin Antoniego Fertnera. I nie jest to jedyna w tym roku związana z nim okrągła data: 16 kwietnia minęło 65 lat od śmierci słynnego aktora, jednego z najpopularniejszych przed wojną polskich komików. A urodził się on w Częstochowie.

Dorobek zawodowy Antoniego Fertnera to 500 ról teatralnych i filmowych. Wśród tych ostatnich – bohater tytułowy z nakręconego w 1908 r. „Antosia po raz pierwszy w Warszawie”, jednego z pierwszych filmów w historii polskiej kinematografii. I oczywiście z kina znany jest mistrz szerokiej publiczności. Kto z wielbicieli przedwojennych komedii nie zaśmiewał się, gdy Fertner krzesząc gromy z błękitnych oczek grzmiał: „Ada, to nie wypada”, gdy desperacko acz wytwornie łapał się za głowę, usiłując zapamiętać formułę chemiczną czekoladowego mydła w „Zapomnianej melodii”, gdy gulgotał niewprawnie po francusku w komedii „Jaśnie pan szofer”, gdy oświadczał się ogniście Mieczysławie Ćwiklińskiej w „Gehennie”...


Uznany za pioniera kinematografii w Polsce, bo po „Antosiu po raz pierwszy w Warszawie” nastąpiły kolejne filmy, jest Fertner zarazem pionierem kina… rosyjskiego. Jego gościnne występy w teatrach Petersburga po 1914 r. i ich entuzjastyczne recenzje zwróciły uwagę Aleksandra Chanżonkowa, szefa moskiewskiej wytwórni kinematograficznej.

middle-3_1_0_11_10651_269802.jpg

Fertner otrzymał zaproszenie do Moskwy. Tam zagrał główną rolę w filmie opartym na sztuce „Kawiarenka" francuskiego pisarza Tristana Bernarda (dużo czasu mu to nie zajęło, raptem dwa dni). Sukces obrazu zaowocował propozycją stałego angażu z wynagrodzeniem w wysokości 15 tys. rubli.


U Chanżonkowa Fertner nakręcił całą serię komedii o „Antoszy": „Antosza w szafie", „Antosza zgubił gorset", „Antosza tyje", „Antosza łysieje" i tak dalej. Recenzenci pisali o jego „sile komicznej" i nazwali aktora rosyjskim Maksem Linderem. Producenci z kolei zasypali artystę propozycjami współpracy. Wybrał ofertę Edwarda Puchalskiego, którego znał z Warszawy, poza tym szef wytwórni „Lucyfer" oferował aż 500 rubli za dzień zdjęciowy. I tak Fertner kontynuował swoją przygodę z Antoszą. W jego wspomnieniach czytamy: Prawie co drugi przechodzień moskiewskich ulic witał mnie jak dobrego znajomego. Prasa obwieściła, że w komedii filmowej zasłużyłem sobie na miano pioniera rosyjskiej kinematografii.


W 1918 r. Fertner wrócił do Polski. Występował głównie w teatrach, w filmach z rzadka. Dopiero w latach 30. sypnęły się produkcje z jego udziałem. Grywał głównie zamożnych tatusiów, kupców, ziemian, prominentnych urzędników, prezesów, gubernatorów. To z racji wyglądu: wyraźna nadwaga przy niskim wzroście, okrągła twarz, łysina. Z defektów swej fizjonomii aktor uczynił atut.


Mnóstwo anegdot o Antonim Fertnerze opowiedział jego syn, również Antoni, gdy w 2016 r. przyjechał do Częstochowy, by na ul. Wieluńskiej, gdzie mieszkali Fertnerowie, odsłonić ławeczkę upamiętniającą sławnego ojca.


Tego syna aktor doczekał się bardzo późno, został ojcem mając 76 lat. Matka chłopca, Janina Zaleska była nie tylko żoną Fertnera, ale i opiekunką, głównie w sprawach zawodowych. Przesądny mistrz uważał m.in., że umie ona odgonić każde nieszczęście. Np. gdy w teatrze zjawiła się na widowni dama w kapeluszu z pawimi piórami, należało odgonić pecha rzucając na ziemię kartki z rolą i przydeptując je lewą nogą. Dlatego rola musiała być w każdej chwili pod ręką i żona nosiła ją za Fertnerem krok w krok. Przy kręceniu filmu była nieoceniona w inny sposób. Zawsze pamiętała, kto i jak był ubrany w poszczególnych scenach, dzięki niej nie dochodziło do sytuacji, że ktoś w jednej scenie ma inny kostium, a w następnej inny.


W wieczór urodzin Antoniego juniora Antoni senior występował w teatrze. Partnerował mu wielki Ludwik Solski, nestor polskiej sceny, wówczas 95-letni, a żona towarzyszyła jak zwykle. Jednak około godz. 22 musiała pojechać do szpitala: potomek zdecydował się przyjść na świat. Fertner dobrnął do końca spektaklu, a potem… poszedł z Solskim na kolacyjkę. Dopiero rano obaj zjawili się w szpitalu. Położna wybiegła z egzaltowanym krzykiem Mistrzu! i osłupiała. Przenosiła wzrok z jednego słynnego aktora na drugiego. Fertner nie wytrzymał i palnął: Solski pomagał.


W zamian dostał od Solskiego wierszyk: Podobny jesteś Antku jak dwie krople wody do twojego syneczka, Antosia, z urody.


Inna anegdota związana z tym urodzeniem też jest dobrze znana: Fertner znudzony ciągłymi pytaniami, jak 76-latkowi udało się dorobić dziecka, odpowiadał, że to złośliwość rzeczy martwych.

middle-3_1_0_11_10172_268525.jpg


Zostawszy poważnym ojcem, słynny komik wcielał się – gdy syn coś zbroił - w rolę groźnego ojca. Mama przyprowadzała juniora przed fotel i marsowe oblicze mistrza. Ten zaczynał połajanki: Ty ośle patentowany albo Ty leniu patentowany. Potem jakby łagodniał: No, Antosiu, synku, przecież ci mówiłem.... A na koniec proponował: Chodź, pobawimy się kolejką.


Gdy niezadowolony z czegoś w domu senior „bulgotał”, żona stosowała niezawodną metodę uspokajania go. Mówiła mianowicie do syna: -Antosiu, ubieraj się, idziemy do parku na spacer. Wtedy mistrz odzywał dużo pokorniejszym tonem: Poczekajcie, poczekajcie, tylko się ubiorę i idę z wami.


Najcięższe przekleństwo, jakiego używał, to Psiakrew!. Był poczciwy i miły - dla wszystkich. Ludzie na ulicy uśmiechali się do niego, a on się uśmiechał się do nich. Wystarczyło go zagadnąć, by zaczął serdeczną pogawędkę, podczas której rozmówca dostawał kolki ze śmiechu. Przechodnie często go zatrzymywali. W rezultacie spacer do ulubionej przez mistrza kawiarni Literackiej przy krakowskich Plantach zabierał godzinę, nawet dwie (kiedyś, podczas wyjątkowo radosnego powitania, Adolf Dymsza złamał Fertnerowi dwa żebra).


W Literackiej mistrz bywał codziennie, zresztą w tajemnicy przed żoną. Zamawiał herbatę i ciastko – ponczowe albo eklerkę. W domu często jadał jajka, bo dobrze wpływają na pamięć. Podawało się je na wiele sposobów, od najprostszych: jajecznica, kogel-mogel, na miękko, na twardo, po skomplikowane: wiedeńskie, faszerowane, w bluzkach, we fraku, nawet jajka na wieszaku.


Dał nazwę miejscowości Radość, bo tak nazwał swoją willę w tej osadzie letniskowej, która wcześniej nazywała się Macierowe Bagno. Willa miała dużego betonowego koguta na frontowej ścianie domu; z czasem stał się on znakiem rozpoznawczym całej miejscowości.


Czy wspominał rodzinną Częstochowę? W pamiętnikach – rzadko. W jednym z akapitów swojej książki „Podróże komiczne”, opisującym wrażenia z wizyty w Lourdes, zestawia je ze znaną mu częstochowską codziennością: Jako stary, częstochowski praktyk i znawca wszelakiego rodzaju procesji oraz odpustów, byłem zmuszony uznać się za pokonanego, mimo patriotycznych odruchów. Częstochowa wydała mi się mizernym sklepikiem w porównaniu z potęgą hurtownika, jakim okazywało się Lourdes!.



Galeria zdjęć

21 maja 2024

Joanna Skiba - czytaj więcej