SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Łukasz Kolewiński

Malta – rajska wyspa Europy

29 czerwca 2025
Sylwia Bielecka
Udostępnij

Kto nie był – niech żałuje. Kto był, ale nie przeczytał przewodnika – niech czym prędzej nadrabia, kto się wybiera – a warto – niech siada do lektury natychmiast. Malta: kraina kołatek, luzzu i wykuszy – czyli jak Marcin Gonera zabrał mnie na wyspę, z której nie chciałam wracać.

middle-ŁK-250625-KSIĄŻKA-MALTA-05.jpg

Marcin Gonera, nauczyciel z zawodu, dziennikarz i podróżnik z pasji – a przy okazji częstochowianin - postanowił napisać książkę o Malcie. Nie przewodnik, nie reportaż, nie zbiór anegdot, ale wszystko to naraz. I wyszło mu to tak, że czytając, miałam ochotę spakować walizkę (z plecakiem od jakiegoś czasu już nie podróżuję), zostawić wszystko i polecieć na tę wyspę, gdzie kołatki mają więcej charakteru niż niejeden polityk, łodzie luzzu patrzą na ciebie oczami boga, a wykusze są bardziej fotogeniczne niż niejedna influencerka na Instagramie.

Jeśli myślisz, że książka o Malcie to nudny przewodnik z listą zabytków i nazwami, które po trzech stronach zlewają się w jedno wielkie „Valletta-Gozo-Mdina”, to nie znasz wydawnictwa Pascala „Malta. Rajska wyspa Europy. Kraina kołatek, luzzu i wykuszy”. To raczej opowieść podróżnika, który zamiast robić zdjęcie pod obowiązkowym pomnikiem czy twierdzą, woli zapytać, czemu na łodzi rybackiej namalowano oko Ozyrysa i czy ktoś się jeszcze łudzi, że te świątynie stawiali ludzie bez dostępu do dźwigu.

middle-ŁK-250625-KSIĄŻKA-MALTA-03.jpg

Weźmy choćby rozdział „Kosmici i giganci”. Autor przytacza tu teorie von Dänikena (jak ja lubiłam w późnym dzieciństwie czytać o tych paleoastronautycznych hipotezach nie z tego świata!) i analizuje jego pomysły o budowniczych megalitycznych świątyń. Widząc je, trudno sobie bowiem nie zadać pytania, kim byli ci sprawni majstrowie bez politechnicznego wsparcia, którzy postawili tak ogromne budowle na małej wyspie. Marcin Gonera pisze: A zatem, według ludzi takich jak von Däniken, megalityczne świątynie, także te na Malcie i Gozo, to wytwory szkolnych eksperymentów kosmicznych nauczycieli na planecie Ziemia. Nie boi się poruszać teorii alternatywnych, ale też z pokorą przyznaje, że ludzkość może dziś za bardzo ufa w technologię, a za mało w wyobraźnię. Pisze o świątyniach, których nie powstydziłaby się żadna cywilizacja — nie tylko prehistoryczna. Podsuwa naukowe teorie, ale nie rezygnuje z dziecięcej ciekawości: a co, jeśli to naprawdę była wyspa bogów? Więc jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy przy świątyni Mnajdra byli kosmici, giganci, czy po prostu wyjątkowo umięśnieni rolnicy, Gonera Ci to wszystko tłumaczy.

middle-ŁK-250625-KSIĄŻKA-MALTA-10.jpg

Nie ma w tej książce zadęcia. Jest za to mnóstwo smaczków, które przypominają, że podróże to nie tylko „co warto zobaczyć”, ale „dlaczego warto się tym zachwycić”. I to jest chyba największy atut Marcina Gonery – on nie wciska wiedzy jak turysta do autobusu hop-on hop-off. On raczej siada z tobą na murku przy zatoce, urywa kawałek lokalnego chleba i mówi: Wiesz, co jest najdziwniejsze w tej świątyni? Że wygląda jak coś, co zbudowałbyś z drewnianych klocków jako dziecko. Tylko że te klocki ważą kilka ton.

Kto nawet nie był nigdy na Malcie, zapewne widział gdzieś zdjęcia kolorowych rybackich łódek, z zadartym dziobem, z którego patrzą oczy Ozyrysa. Stoją przede wszystkim w zatoce Marsaxlokk i nazywają się luzzu. Kolor łodzi miał być znakiem tożsamości małych maltańskich społeczności. (...) Jaki był sens ozdabiania łodzi jaskrawymi kolorami? Otóż widoczne z daleka, były szybciej i łatwiej dostrzegalne przez rodzinę rybaka oczekującą na brzegu.

Mówi się, że Malta ma tyle kościołów, ile jest dni w roku. Faktycznie, odwiedzając ją, miałam wrażenie, że są wszędzie. Ale – moim zdaniem – nie o ich ilość chodzi, ale o jakość, bogactwo wystroju, rozmach. Przy Konkatedrze św. Jana w Valletcie z obrazem Caravaggia w oratorium, częstochowska Jasna Góra wygląda… dość ubogo, a uboga przecież absolutnie nie jest.

middle-ŁK-250625-KSIĄŻKA-MALTA-11.jpg

Kolejną ciekawostką z książki Gonery jest m.in. rozdział o „grzybku maltańskim” na Fungus Rock. To dziwna, czarna roślina, którą brano za grzyba, choć była to bylina o łacińskiej nazwie Cynomorium coccineum. Brzmi naukowo? A jednak opowieść Gonery to nie sucha botaniczna ciekawostka, ale historia pełna humoru i ironii. Z jego narracji wyłania się obraz joannitów, którzy zrobiliby dzisiaj zawrotną karierę w dziale PR jakiegoś farmaceutycznego korpo — rozdawali próbki, opisywali cudowne właściwości „grzybka” i czekali, aż spłyną zamówienia z europejskich dworów. Taki startup w średniowieczu.

Gonera ma talent do wydobywania z historii detali, które dziś nazwalibyśmy „viralowymi”. Weźmy wspomniane Fungus Rock — maleńka, niezamieszkała skała, a jednak pełna legend i marketingowych chwytów. To przykład, jak autor potrafi wyciągnąć z miejsca niepozornego anegdotę, która w pamięci zostaje na długo.

middle-ŁK-250625-KSIĄŻKA-MALTA-01.jpg

„Malta. Rajska wyspa Europy...” to nie jest książka do zaliczenia na plaży między jednym a drugim drinkiem z parasolką. To raczej opowieść, którą chce się mieć pod ręką, żeby przy każdej kolejnej stronie uciekać dalej — niekoniecznie fizycznie, ale mentalnie — na tę trochę egzotyczną wyspę. Marcin Gonera pokazuje Maltę nie jako folderowy raj z katalogu biura podróży, ale jako miejsce pełne dziwactw, mitów, historii i ludzi, którzy są bardziej interesujący niż niejedna atrakcja turystyczna.

Malta to wyspa, na której znajdziesz piękne plaże i czystą, przejrzystą wodę (z ginącym gatunkiem tuńczyka błękitnopłetwego), ale także prawdziwe skarby, których nie spodziewałbyś się tam znaleźć. Marcin Gonera Ci je pokaże.

To będzie m.in. dżem z opuncji, pastizzi, ser ġbejna, podziemia, które zostały wpisane na listę UNESCO. A jeśli szukasz mocnych wrażeń, wybierz się do Muzeum Tortur w Mdinie. Albo po prostu odpocznij na jednej z maltańskich plaż lub odwiedź Blue Lagoon i popływaj w lazurowej wodzie.

middle-ŁK-250625-KSIĄŻKA-MALTA-07.jpg

Czytając „Malta. Rajska wyspa Europy. Kraina kołatek, luzzu i wykuszy”, czułam się, jakbym siedziała z autorem przy maltańskim winie, słuchała jego opowieści i śmiała się z jego przygód. I choć fizycznie nie ruszyłam się z fotela, to duchowo byłam na Malcie. I wcale nie chciałam wracać.

Marcin Gonera pisze lekko, z błyskiem w oku, z dużym szacunkiem do historii, ale bez patosu. Jeśli szukasz książki, po której nie tylko zapragniesz jechać na Maltę, ale i poczujesz się, jakbyś już tam był – to trafiłeś idealnie. Wakacje właśnie się rozpoczęły, a na wyspę dość łatwo się dostać jednym z licznych połączeń lotniczych (także tych tzw. tanich). Jak się okazuje – to też wyczytałam w książce – jesteśmy w czołówce narodowości, które odwiedzają Maltę. Więc oprócz dobrego nastroju, kremów z filtrem i dobrych butów do chodzenia, nie zapomnijcie zabrać ze sobą tego niezwykłego przewodnika.

Fot. Łukasz Kolewiński


Sylwia Bielecka - czytaj więcej