Malta – rajska wyspa Europy
Kto nie był – niech żałuje. Kto był, ale nie przeczytał przewodnika – niech czym prędzej nadrabia, kto się wybiera – a warto – niech siada do lektury natychmiast. Malta: kraina kołatek, luzzu i wykuszy – czyli jak Marcin Gonera zabrał mnie na wyspę, z której nie chciałam wracać.

Marcin Gonera, nauczyciel z zawodu, dziennikarz i podróżnik z pasji – a przy okazji częstochowianin - postanowił napisać książkę o Malcie. Nie przewodnik, nie reportaż, nie zbiór anegdot, ale wszystko to naraz. I wyszło mu to tak, że czytając, miałam ochotę spakować walizkę (z plecakiem od jakiegoś czasu już nie podróżuję), zostawić wszystko i polecieć na tę wyspę, gdzie kołatki mają więcej charakteru niż niejeden polityk, łodzie luzzu patrzą na ciebie oczami boga, a wykusze są bardziej fotogeniczne niż niejedna influencerka na Instagramie.
Jeśli myślisz, że książka o Malcie to nudny przewodnik z listą zabytków i nazwami, które po trzech stronach zlewają się w jedno wielkie „Valletta-Gozo-Mdina”, to nie znasz wydawnictwa Pascala „Malta. Rajska wyspa Europy. Kraina kołatek, luzzu i wykuszy”. To raczej opowieść podróżnika, który zamiast robić zdjęcie pod obowiązkowym pomnikiem czy twierdzą, woli zapytać, czemu na łodzi rybackiej namalowano oko Ozyrysa i czy ktoś się jeszcze łudzi, że te świątynie stawiali ludzie bez dostępu do dźwigu.

Weźmy choćby rozdział „Kosmici i giganci”. Autor przytacza tu teorie von Dänikena (jak ja lubiłam w późnym dzieciństwie czytać o tych paleoastronautycznych hipotezach nie z tego świata!) i analizuje jego pomysły o budowniczych megalitycznych świątyń. Widząc je, trudno sobie bowiem nie zadać pytania, kim byli ci sprawni majstrowie bez politechnicznego wsparcia, którzy postawili tak ogromne budowle na małej wyspie. Marcin Gonera pisze: A zatem, według ludzi takich jak von Däniken, megalityczne świątynie, także te na Malcie i Gozo, to wytwory szkolnych eksperymentów kosmicznych nauczycieli na planecie Ziemia. Nie boi się poruszać teorii alternatywnych, ale też z pokorą przyznaje, że ludzkość może dziś za bardzo ufa w technologię, a za mało w wyobraźnię. Pisze o świątyniach, których nie powstydziłaby się żadna cywilizacja — nie tylko prehistoryczna. Podsuwa naukowe teorie, ale nie rezygnuje z dziecięcej ciekawości: a co, jeśli to naprawdę była wyspa bogów? Więc jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy przy świątyni Mnajdra byli kosmici, giganci, czy po prostu wyjątkowo umięśnieni rolnicy, Gonera Ci to wszystko tłumaczy.

Nie ma w tej książce zadęcia. Jest za to mnóstwo smaczków, które przypominają, że podróże to nie tylko „co warto zobaczyć”, ale „dlaczego warto się tym zachwycić”. I to jest chyba największy atut Marcina Gonery – on nie wciska wiedzy jak turysta do autobusu hop-on hop-off. On raczej siada z tobą na murku przy zatoce, urywa kawałek lokalnego chleba i mówi: Wiesz, co jest najdziwniejsze w tej świątyni? Że wygląda jak coś, co zbudowałbyś z drewnianych klocków jako dziecko. Tylko że te klocki ważą kilka ton.
Kto nawet nie był nigdy na Malcie, zapewne widział gdzieś zdjęcia kolorowych rybackich łódek, z zadartym dziobem, z którego patrzą oczy Ozyrysa. Stoją przede wszystkim w zatoce Marsaxlokk i nazywają się luzzu. Kolor łodzi miał być znakiem tożsamości małych maltańskich społeczności. (...) Jaki był sens ozdabiania łodzi jaskrawymi kolorami? Otóż widoczne z daleka, były szybciej i łatwiej dostrzegalne przez rodzinę rybaka oczekującą na brzegu.
Mówi się, że Malta ma tyle kościołów, ile jest dni w roku. Faktycznie, odwiedzając ją, miałam wrażenie, że są wszędzie. Ale – moim zdaniem – nie o ich ilość chodzi, ale o jakość, bogactwo wystroju, rozmach. Przy Konkatedrze św. Jana w Valletcie z obrazem Caravaggia w oratorium, częstochowska Jasna Góra wygląda… dość ubogo, a uboga przecież absolutnie nie jest.

Kolejną ciekawostką z książki Gonery jest m.in. rozdział o „grzybku maltańskim” na Fungus Rock. To dziwna, czarna roślina, którą brano za grzyba, choć była to bylina o łacińskiej nazwie Cynomorium coccineum. Brzmi naukowo? A jednak opowieść Gonery to nie sucha botaniczna ciekawostka, ale historia pełna humoru i ironii. Z jego narracji wyłania się obraz joannitów, którzy zrobiliby dzisiaj zawrotną karierę w dziale PR jakiegoś farmaceutycznego korpo — rozdawali próbki, opisywali cudowne właściwości „grzybka” i czekali, aż spłyną zamówienia z europejskich dworów. Taki startup w średniowieczu.
Gonera ma talent do wydobywania z historii detali, które dziś nazwalibyśmy „viralowymi”. Weźmy wspomniane Fungus Rock — maleńka, niezamieszkała skała, a jednak pełna legend i marketingowych chwytów. To przykład, jak autor potrafi wyciągnąć z miejsca niepozornego anegdotę, która w pamięci zostaje na długo.

„Malta. Rajska wyspa Europy...” to nie jest książka do zaliczenia na plaży między jednym a drugim drinkiem z parasolką. To raczej opowieść, którą chce się mieć pod ręką, żeby przy każdej kolejnej stronie uciekać dalej — niekoniecznie fizycznie, ale mentalnie — na tę trochę egzotyczną wyspę. Marcin Gonera pokazuje Maltę nie jako folderowy raj z katalogu biura podróży, ale jako miejsce pełne dziwactw, mitów, historii i ludzi, którzy są bardziej interesujący niż niejedna atrakcja turystyczna.
Malta to wyspa, na której znajdziesz piękne plaże i czystą, przejrzystą wodę (z ginącym gatunkiem tuńczyka błękitnopłetwego), ale także prawdziwe skarby, których nie spodziewałbyś się tam znaleźć. Marcin Gonera Ci je pokaże.
To będzie m.in. dżem z opuncji, pastizzi, ser ġbejna, podziemia, które zostały wpisane na listę UNESCO. A jeśli szukasz mocnych wrażeń, wybierz się do Muzeum Tortur w Mdinie. Albo po prostu odpocznij na jednej z maltańskich plaż lub odwiedź Blue Lagoon i popływaj w lazurowej wodzie.

Czytając „Malta. Rajska wyspa Europy. Kraina kołatek, luzzu i wykuszy”, czułam się, jakbym siedziała z autorem przy maltańskim winie, słuchała jego opowieści i śmiała się z jego przygód. I choć fizycznie nie ruszyłam się z fotela, to duchowo byłam na Malcie. I wcale nie chciałam wracać.
Marcin Gonera pisze lekko, z błyskiem w oku, z dużym szacunkiem do historii, ale bez patosu. Jeśli szukasz książki, po której nie tylko zapragniesz jechać na Maltę, ale i poczujesz się, jakbyś już tam był – to trafiłeś idealnie. Wakacje właśnie się rozpoczęły, a na wyspę dość łatwo się dostać jednym z licznych połączeń lotniczych (także tych tzw. tanich). Jak się okazuje – to też wyczytałam w książce – jesteśmy w czołówce narodowości, które odwiedzają Maltę. Więc oprócz dobrego nastroju, kremów z filtrem i dobrych butów do chodzenia, nie zapomnijcie zabrać ze sobą tego niezwykłego przewodnika.
Fot. Łukasz Kolewiński
