SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Maciek Skowronek

Lucky Guy

11 lipca 2026
Udostępnij

"To pasja, która zostaje w człowieku do końca życia. Każdemu wydaje się, że zawsze wróci, że to niemożliwe, żeby mu się coś stało" – mówił Krzysztof Wielicki. Legendarny himalaista gościł w Kinie Studyjnym OKF „Iluzja”.

middle-739616057_2224982088302144_8410325207708636799_n.jpg

Gdy padła propozycja zorganizowania spotkania w Częstochowie, Krzysztof Wielicki podobno zapytał: A myślicie, że ktoś przyjdzie? Przyjdą na pewno – padło pewnie w odpowiedzi. I było to słuszne przeczucie, bo OKF szybko ogłosił biletowy sold out. Chętnych, by posłuchać opowieści legendarnego himalaisty, było znacznie więcej niż miejsc w kinie.

I tak 6 lipca salę wypełnili ci, którzy góry zdobywają (choć może nie tak wysokie, ale i to nie było regułą), są górskimi przewodnikami, szczyty lubią podziwiać, ale z daleka (jak ja), lub po prostu fascynują ich historie z krwi i kości - i w tym przypadku - także lodu (też ja). Bo życie Wielickiego to nie tylko osobista opowieść, ale i opowieść całego pokolenia „Lodowych Wojowników” (bo tak m.in. światowa prasa mianowała polskich himalaistów, którzy w latach 70. i 80. byli w Himalajach bezkonkurencyjni).

W cieniu Broad Peak

Jednak Polski Himalaizm Zimowy to nie tylko to, że nasi jako pierwsi stanęli zimą na dziesięciu ośmiotysięcznikach, zdobywali Koronę Himalajów, szli nowymi, niezdobytymi wcześniej trasami, czy zdobywali szczyty w stylu alpejskim (bez tlenu z butli, lin poręczowych czy pomocy tragarzy wysokościowych), ale też historia ludzkich dramatów.

middle-737550733_4368226863400535_8619894962281080987_n.jpg

To właśnie tragedia na Broad Peak stała się punktem wyjścia dla rozmowy, którą z Krzysztofem Wielickim poprowadził Robert Jodłowski (który był inicjatorem tego wydarzenia). Wyprawy z udziałem Macieja Berbeki stanowią jedne z najtragiczniejszych rozdziałów w dziejach polskiego himalaizmu. Pierwsza miała miejsce w 1988 r.: himalaista dopiero po powrocie do kraju dowiedział się, że nie zdobył szczytu, a tylko przedwierzchołek. Druga odbyła się w 2013 r.: pierwsze zimowe wejście na tę górę Berbeka i Tomasz Kowalski przypłacili życiem.

Życiu w cieniu 8047 m n.p.m. Leszek Dawid poświęcił film „Broad Peak”, w którym Berbekę zagrał Ireneusz Czop, a Wielickiego – Łukasz Simlat. Obraz podzielił środowisko, ale i samych widzów, m.in. dlatego, że kończy się w momencie, gdy cały dramat dopiero się rozpoczyna. Sygnalizuje to jedynie archiwalne nagranie powtarzanych słów Wielickiego Maciek odezwij się. Jak wiemy, nie odezwał się już nigdy (jego ciała nie odnaleziono).

Obejrzeliśmy zwiastun filmu (całość można obejrzeć dziś jedynie w streamingu), a po nim Wielicki zdradził, że pierwotnie miał być konsultantem tej produkcji (bez wiedzy kogoś, kto zdobył wszystkie ośmiotysięczniki, trudno opowiadać o wysokogórskich realiach). Na planach jednak się skończyło.

middle-739620951_1656051075682002_4884807711020618885_n.jpg

Reżyser przysłał mi scenariusz. Jedna ze scen była taka: na drodze z Zakopanego do Krakowa spotykają się Maciek i Andrzej Zawada [kierownik wyprawy na Broad Peak w 1988 r. – przyp. red.], i zaczynają się bić. Takiego faktu nie było. Reżyser tłumaczył, że musi być też fikcja, reakcja. Powiedziałem mu, że jeśli chce dawaćtakie sceny, to ja rezygnuję. I rzeczywiście zrezygnowałem. Na szczęście ostatecznie nie weszło to do filmu – opowiadał Wielicki.

Gdybym nie zadzwonił…

Potem padały pytania o szczegóły obu wypraw, odpowiedzialność w górach, cenę pasji, uzależnienie od wspinania… Wielicki, który był kierownikiem wyprawy sprzed 13 lat, propozycję jej poprowadzenia otrzymał od Artura Hajzera. Zgodził się. Potem sam wykonał telefon… do Berbeki. – Do dziś boleję, że zadzwoniłem do Maćka. Wtedy tak sobie myślałem, że jakbym nie zadzwonił, a Maciek by się dowiedział, że jedziemy, to mógłby mieć do mnie żal. Zadzwoniłem, wierząc, że odmówi. I na początku mówił: „daj mi spokój, nie chcę mi się w ogóle o tym myśleć”. Ucieszyłem się. Spełniłem swój obowiązek. Minęły dwa tygodnie. Maciek zadzwonił: „Jadę”. Uważam, że to mój błąd, bo gdybym nie zadzwonił, to może by się pogniewał, ale by żył.

middle-739790344_1738258963853904_8077357659952477070_n.jpg

Rozmawiano również o tym, jak przez lata zmieniało się podejście do zdobywania szczytów. – Andrzej Zawada uznawał, że jeśli ktokolwiek z ekipy wejdzie na szczyt, to wyjazd jest zaliczony. Przy wyprawie na Broad Peak było chyba inaczej. Miałeś w grupie czterech indywidualistów. Każdy chciał być na szczycie – stwierdzał prowadzący. – Na samej wyprawie nie miałem już dużego wpływu na nich. Maciek był bardzo doświadczony, myślałem, że pokieruje już na górze zespołem. Podczas aklimatyzacji to on rozdawał karty.I wydawało się, że trzyma młodszych chłopaków w ryzach [ekipę tworzyli jeszcze Adam Bielecki i Artur Małek – przyp. red.]. Na końcu okazało się, że każdy zaczął grać na siebie – dopowiedział himalaista.

I finalnie każdy szczyt zdobył, ale za bardzo wysoką cenę. Wielicki przyznał, że dzień zaginięcia Berbeki i Kowalskiego (po zejściu ze szczytu biwakowali na wysokości ok. 7900 m n.p.m.), był tym, w którym… całkowicie posiwiał. Godzinami próbował połączyć się przez radiostację z kolegami. Po trzech dniach to on ogłosił, że uznaje obu za zmarłych.

Brawura na szczycie

Potem rozmowa przeniosła się nieco wyżej, bo na 8611 m n.p.m. - K2 - niespełnione zimowe marzenie Polaków. Sam Krzysztof Wielicki brał udział w kilku wyprawach na drugi co do wielkości szczyt Ziemi. Dopiero podczas czwartej, latem 1996 r., wszedł na niego Filarem Północnym. Dwukrotnie kierował też polską zimową wyprawą na kapryśną górę.

middle-740286338_1591204139278133_778833791951656964_n.jpgPowrócono więc do przełomu 2017/2018 r. Nie jest tajemnicą, że ludzie gór są niezwykle charakterni, rozmowa szybko przeszła na Denisa Urubkę (tu przypomnijmy, że pięć lat temu były żołnierz armii Kazachstarnu prezentował w Miejskiej Galerii Sztuki wystawę swoich zdjęć i również miał spotkanie w sali OKF-u). Mówiono górskiej niesubordynacji, graniu tylko do własnej bramki. Przypomniano, że Urubko podczas narodowej wystawy odłączył się od grupy i samotnie (ale bez efektu) zaatakował K2. On również nie łączył się przez radiostację. – Jak wrócił, miałem do niego pretensje, tłumaczyłem, że nie można tak działać. Stworzył zagrożenie dla wszystkich. Nie rozumiał. „Jak dla wszystkich, przecież to ja szedłem” – pytał. Wystarczy, że złamałby nogę, przecież musieliśmy zabezpieczyć ewentualne trudne sytuacje.

Wielickiemu także zdarzały się samotne wyjścia z bazy. W ten sposób w lipcu 1984 r. zdobył Broad Peak. Wejście na górę zajęło mu ok. 16 godzin (a cała akcja z powrotem do bazy łącznie 21,5 godziny). Ustanowił tym samym rekord, wejścia na ośmiotysięcznik i zejścia z niego w ciągu jednej dobry.

Brawurowych wyczynów ma on na koncie znacznie więcej. O kilku opowiedział. Czołówkę otwiera solowe wejście na Lhotse w noc sylwestrową przełomu 1988/1989 r. Wielicki zdobył szczyt w gorsecie ortopedycznym (po wcześniejszym urazie kręgosłupa).

middle-737786321_2206665270181459_5231987443608289857_n.jpg

Potrzeba pisania historii

W sali OKF-u wspominano różne legendy. Nie mogło więc zabraknąć nazwiska Wandy Rutkiewicz, która jako pierwsza kobieta na świecie i pierwsza osoba z Polski, zdobyła K2. - Wanda, była taką kobietą, która nie odpuszczała. Facet to odpuści, kobieta – rzadko, Wanda – opowiadał Wielicki.

Przy okazji okazało się, że to jedna z najsłynniejszych na świecie himalaistek wprowadziła gościa spotkania do Klubu Wysokogórskiego. Wspominał to tak: Teraz podobno 80. proc. wpinających się nie należy do żadnego klubu. Wszystko jest. Sprzęt w sklepie, bilet, karta kredytowa. Kiedyś było to niemożliwe. Ale żeby być członkiem Klubu Wysokogórskiego, najpierw było się sympatykiem. Po roku czy dwóch można było wystąpić do zarządu o przyjęcie. Wtedy zarząd pytał, kto jest twoim wprowadzającym. Trzeba było mieć dwie osoby, które brały za ciebie odpowiedzialność. Nie chodziło o poziom sportowy, ale o etykę. I Wanda była moją wprowadzającą i Bogdan Jankowski. Dziś tego nie ma. W ogóle jest inaczej. Wtedy to klub organizował wyprawy, bo nie było sprzętu, niczego nie było. Były komisje sportowe, trzeba było pokazać wykaz przejść. To była długa droga, zanim pojechało się w Himalaje. Tatry, Alpy, Dolomity…

middle-739995685_1516694366606953_5425080174371322715_n.jpg

Na tej rozmowie lipcowy wieczór się nie zakończył. Krzysztof Wielicki przygotował bowiem jeszcze prelekcję opowiadającą nie tylko o jego wysokogórskich sukcesach (jak pierwsze zimowe wejście na najwyższą górę świata – Mount Everest), ale i dokonaniach całego pokolenia. Zaprezentował archiwalne zdjęcia i nagrania z wypraw. Na ekranie i we wspomnieniach – obok wspomnianych już himalaistów - pojawili się m.in. Jerzy Kukuczka, Janusz Majer, i Leszek Cichy. - Myśmy czuli cholerną potrzebę pisania historii – mówi o „Lodowych Wojownikach”. Każdą ze zdobytych nagród dedykuje swoim górskim przyjaciołom. A tych dodajmy mam naprawdę sporo, z nagrodą Księżnej Asturii i Złotym Czekanem na czele.

Ja nie jestem legendą

Opowiadał o spędzonych w bazie świętach i wigiliach, o tym, że w domu bywało się gościem. I o pokorze, bo góra potrafi pokazać, gdzie jest nasze miejsce. I o tych, którzy na szczycie zostali już na zawsze. - To pasja, która zostaje w człowieku do końca życia. Każdemu wydaje się, że zawsze wróci, że to niemożliwe, żeby coś mi się stało. Niestety, nie wszyscy wracają – mówił.

Słuchało się go (rozmowy prowadzonej przez Roberta Jodłowskiego również) znakomicie. I bardzo chciało więcej, bo same wyprawy na Everest czy Nanga Parbat to tematy, które mogłyby zająć kilkugodzinne spotkania.

middle-740070566_1360897666004406_3302897362131632140_n.jpg

Choć w życiu (nie tylko podczas tego spotkania) wielokrotnie tytułowano go legendą, on nigdy by się tak nie nazwał. - Ja nie jestem legendą, ja jestem szczęściarzem. Bo legendy to są dwie: Wanda i Jurek. Każdy popełnia błędy, ja też popełniałem ich wiele – tak, jak moi koledzy, ale miałem szczęście. Jedyny pseudonim, który mogę przyjmować to „Lucky Guy” – zapewnił Wielicki.

Zdradził, że dokonaniom „Lodowych Wojowników” poświęcone zostanie Centrum Himalaizmu im. Jerzego Kukuczki, które właśnie powstaje w Katowicach. Wielicki już dziś (mamy przecież niedaleko) zaprosił nas na otwarcie, które zaplanowano w połowie 2027 r. Nie wiem, jak Wy, ale ja pojadę tam na pewno.

Tym zaproszeniem oficjalna część wydarzenia się skończyła. Ale to nie był finał. Zgodnie z obietnicą Krzysztof Wielicki znalazł czas na zdjęcia i autografy. Ustawiła się do niego bardzo długa kolejka chętny po podpis, na którejś z wydanych przez niego lub poświęconych mu książek. I ja do lektury „Solo. Moje samotne wspinaczki” czy „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” bardzo zachęcam.

Fot. Maciek Skowronek


Galeria zdjęć

7 lipca 2026
Maciek Skowronek
6 lipca w sali kinowej OKF-u odbyło się spotkanie z Krzysztofem Wielickim. Wydarzenie poświęcono m.in. zakończonej tragicznie wyprawie na Broad Peak z 2013 r., podczas której zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Rozmowę z legendarnym himalaistą poprowadził Robert Jodłowski. Nie zabrakło także prelekcji dotyczącej historii "Lodowych Wojowników" i polskiego himalaizmu.

Zuzanna Suliga - czytaj więcej