Legenda Ostrowskiej
Małgorzata
Ostrowska promuje właśnie „Legendę”. To niejedyna nowość, która
zabrzmiała w Filharmonii Częstochowskiej. To, jak bawiono się w naszym
mieście, zobaczą niebawem inni. Podczas koncertu zarejestrowano bowiem
wykonanie nowiutkiej „Wyspy”. Z materiału powstanie teledysk promujący
singiel.

Choć ta artystka występuje na scenie od lat 70., wcześniej nie załapałam się na jej solowy koncert. Listopad był okazją, by to nadrobić. Efekt? Wyszłam zachwycona. Muzyką, grą świateł, wizualizacjami, a przede wszystkim ogromną klasą wokalistki.
W sobotę, 9 listopada energia Małgorzaty Ostrowskiej wypełniła salę filharmonii. Było energetycznie, było z pazurem, było znakomicie. Występ był jednym z przystanków na trasie „Legenda” promującą nadchodzącą płytę i tytułowy z niej singiel. Legendarność wpisana jest w twórczość piosenkarki, myślę tu nie tylko o dokonaniach z kultowym już Lombardem, ale i całej jej konsekwentnej artystycznej drodze.
Ostrowska porwała nas już pierwszą piosenką, wybrała hit Lombardu sprzed blisko czterech dekad „Mister of America”. Później przeniosła nas już do XXI w. za sprawą solowej płyty „Słowa” i kawałka „Rzeka we mnie”. Artystka uprzedzała, że setlista wieczoru będzie jednak wyjątkowa, bo ma dla nas nowe kawałki (dodała oczywiście, że wie, że czekamy na stare i dobrze znane, więc spokojnie i tych nie zabraknie). Nowości (jeszcze przed premierą płyty) zawsze są ryzykowne. Tytułową „Legendę” znałam z sieci i przyznam, że po pierwszym odsłuchu średnio się polubiłyśmy. Za to na koncercie naprawdę mi spasowała. Podobnie było z innymi nowinkami jak „Głową w dół” i „Wyspą”. Ostatni z wymienionych singli był szczególny (i zabrzmiał dwukrotnie). Wykonanie zarejestrowały kamery, a materiał posłuży teraz do stworzenia teledysku. Gdy tylko klip trafi na „YouTuba”, będziemy się pewnie szukali na ekranie.

Starsze kawałki często poprzedzała anegdota. Gdy Ostrowska włożyła na głowę kwietny wianek (od razu skojarzyłam z rewelacyjnym wykonaniem „Gołębiego puchu” z Organkiem podczas Męskiego Grania 2017, ale trop był mylny), zapowiedziała, że tę piosenkę będzie wykonywała dopóki publiczność zechce ją śpiewać. Jak przestaniemy reagować, wyleci z repertuaru. Okazuje się, że chwytliwego kawałka „Szpilki – taką mnie chcesz” nie chciano puszczać. Gdy kilkanaście lat temu piosenkarka prezentowała go premierowo, usłyszała, że jest „za stara na takie klimaty”, bo paniom w „pewnym wieku” nie wypada śpiewać o erotycznych sprawach. Zakłada więc teraz wianek, żeby było ładniej i młodziej. I śpiewa tak, że trudno było się temu nie poddać. – Ocaliliście nam piosenkę na kolejne koncerty – dziękowała za entuzjazm publiczności.
Jeszcze większy wzbudziły hiciory: „Śmierć dyskotece”, „Meluzyna” i oczywiście nieśmiertelna „Szklana pogoda”, którą artystka zakończyła oficjalną część koncertu. Nie było wtedy chyba na sali nikogo, kto nie poderwałby się z fotela. To nie były ostatnie muzyczne słowa Ostrowskiej, bo nie puściliśmy jej przecież bez bisów. Podczas nich postanowiła oddać hołd jedynemu prawdziwemu idolowi, którego miała. Zabrzmiał (odśpiewany zresztą wspólnie) „Sen o Warszawie” Czesława Niemena. Był też - tak wyczekiwany przeze mnie – „Gołębi puch”.
Fot. archiwum Impresariatu Adria Art
