Kto Panu to zrobił?
Szymon Majewski przyjechał do Częstochowy i zrobił dokładnie to, czego można się po nim spodziewać. Rozbroił publiczność. Śmiechem. Przy okazji - zupełnie niepostrzeżenie - rozbroił też samego siebie. Odrzucił pelerynę dworskiego błazna TVN-u i promter, pokazał dystans do świata, który sam prosi się o komentarz.

To nie był Majewski z czasów, kiedy w primetime rozstawiał po kątach polityków, celebrytów i widzów, zwłaszcza tych, którzy jeszcze wierzyli, że w telewizji wszystko dzieje się „na żywo i całkiem na serio”. To był Majewski po przejściach. Majewski, który wie, że był wszędzie, robił wszystko i przeżył więcej medialnych reinkarnacji niż niejeden polityk zmieniający barwy klubowe. Wie, jaką cenę za to zapłacił. I właśnie z tej świadomości urodziła się siła stand-upu „Kto Panu to zrobił?”.
Brzmi trochę jak pytanie zadane przez lekarza na SORze, ale może być też tytułem autobiografii całego pokolenia ludzi wychowanych na programach rozrywkowych z przełomu wieków. Majewski kilkakrotnie wraca do swojej kariery. Radiowa anarchia, telewizyjne imperium absurdu i moment, gdy z dnia na dzień przestał być „tym z telewizji”, a stał się „tym, co kiedyś był w telewizji”. I opowiada o tym bez żalu, jakby trochę czule zdziwiony. Także o tym, że z TVN wyleciał dwa razy.

„Kto Panu to zrobił?” był atrakcyjny przede wszystkim dla tych, którzy pamiętają legendarne „Mamy Cię!”, czy „Szymon Majewski Show”. Zwłaszcza ten pierwszy program, który dziś pewnie nie przeszedłby przez dział prawny, nawet jako sen wariata. W moją pamięć zapadł na pewno odcinek z Muńkiem Staszczykiem, liderem T.Love. W samą akcję zaangażowany był Sydney Polak (występujący jeszcze wtedy jako zwykły Jarek). Panowie jadą samochodem na wywiad do radia, pogoda podobna do tej teraz za oknem, szosa z poboczem, a przy nim brama do jakiegoś zakładu/hali. Są spóźnieni i okazuje, że mają udzielić tego wywiadu przez telefon, tyle, że z budki, która stoi nieopodal (nie był to wówczas rzadki widok). Muniek z Sydneyem wchodzą do budki, rozmawiają z dziennikarzem z radia Zet, a potem chcą wyjść. Ale się nie udaje, bo budka jest zamknięta. Proszą jakiegoś przechodzącego gościa o pomoc, ale ten nie daje rady otworzyć drzwi, a potem oddala się i odjeżdża… ich samochodem.

Sytuacja robi się coraz bardziej absurdalna. Wreszcie zjawiają się jacyś inni goście, oferują pomoc, też nie udaje im się uwolnić muzyków, ale mają inne rozwiązanie. Podjeżdża ciężarówka, dźwigiem ładują budkę z Muńkiem na pakę i wjeżdżają do hali, już za bramą. Tam stoi już kilka innych budek z uwięzionymi ludźmi w środku… Pomimo tego, że my jako widzowie wiemy, że to jest wkrętka, to bez problemu potrafimy sobie wyobrazić, co czuł wkręcany. Potem już na kanapie u Szymona Majewskiego Muniek opowiadał, że wcale mu nie było do śmiechu. Był chyba nawet lekko (albo całkiem ciężko) wkurzony na prowadzącego „Mamy Cię!”. Jednak wtedy oglądalność programu biła wszelkie rekordy popularności. W ogóle TVN wyglądał wówczas jak wielki plac zabaw dla dorosłych dzieci z kamerami. Oprócz zabawy - czasem nawet na krawędzi - była tam jeszcze wówczas inteligencja, przewrotność i cudowne opary absurdu.

W swoim stund-upie Szymon Majewski nie odcina się od tamtego etapu, ale również nie próbuje go reanimować. Raczej pokazuje, że rozumie, dlaczego dziś taki program by nie powstał. Świat się zmienił, wrażliwość się zmieniła, a i sam Majewski - co widać i słychać - zmienił się najbardziej. Jest spokojniejszy, bardziej refleksyjny, a jednocześnie nadal potrafi w jednej chwili wejść w tryb chłopca, który właśnie odkrył, że można coś powiedzieć głupiego i wszyscy się z tego śmieją.
Ten stand-up nie polega na serii dowcipów wystrzeliwanych jak z karabinu. To raczej opowieść o dojrzewaniu w blasku reflektorów, o zderzeniu z rzeczywistością poza ekranem i o tym, że poczucie humoru jest ostatnią linią obrony przed światem, który jednak nie zawsze jest taki fajny, jak nam się zdawało.
Częstochowska publiczność kupiła tę narrację i nie targowała się o resztę. 10 stycznia w Klubie Politechnik był śmiech, było porozumiewawcze kiwanie głowami, były momenty, w których czuło się, że na sali siedzą ludzie wychowani na tym samym zestawie żartów, reklam i telewizyjnych show, które z czasem przekształciły się w potworki, z którymi dziś mamy do czynienia. Majewski nie musi już nikogo „łapać”. Wystarczy, że wyjdzie na scenę i zapyta: „Kto panu to zrobił?”.
W tym właśnie tkwi urok tego występu. To stand-up człowieka, który przeżył własną legendę, zdjął ją z piedestału i postawił obok siebie na scenie. A potem jeszcze się z niej pośmiał. I bardzo dobrze.
Fot. archiwum ACK - Klubu Politechnik/Facebook
