Kora, która nie śpiewała
Jest mała, jest czarna, jest piękna. Ma na imię Kora. Nie śpiewa o boskim Buenos, ani o cykadach na Cykladach.

Memories of childrens' dreams
Lie lifeless
Fading
Lifeless
The Cure - „The Funeral Party”
Zamiast śpiewać szczeka i czasem w nocy smutno popiskuje, jakby po radosnym dniu biegania i machania ogonem, tęskniła troszkę są swoją psią mamą. Jestem szczęśliwy, bo jest moja, bo do mnie przybiega, bo na mnie patrzy, a ja mogę jej dotykać, gładzić jej krótką błyszczącą sierść. Mogę delikatnie brać ją na ręce i nosić, jest lekka, jest jeszcze dzieckiem, tak jak ja.
Dzieci rosną, więc rośniemy razem, ona znacznie szybciej niż ja. Kora jest już prawie dorosła.
Zapomniałem wspomnieć dlaczego Kora.
Od urodzenia do szóstego roku życia mieszkam z rodzicami, babcią, dziadkiem i młodszą siostrą taty – Ewą, przy ulicy Dąbrowskiego 15 w Częstochowie. Nasze mieszkanie mieści się w oficynie na pierwszym piętrze. Parter po przeciwnej stronie zajmuje brat mojej babci, wujek Stasiek z żoną, córką i dwoma synami. Stasiek i jego starszy syn to zapaleni myśliwi. Bywam tam często jako mały chłopiec. Wtedy mi to nie przeszkadza. Półmrok, wypchane ptaki na ścianach, broń, zapach prochu, tekturowe gilzy, które dostaję czasem do zabawy. Tu przypomina mi się pewna scena z serialu „Czterdziestolatek”, w której padają słowa: a co ze strzelbą? Strzelbę damy dziecku do zabawy – kto oglądał i zna, wie, o co chodzi.
Teraz wspomnienie tego mieszkania, wypełnionego duchami zwierząt, wywołuje u mnie dreszcze, bo wiąże się z czymś, czego będąc dorosłym człowiekiem nie potrafię zrozumieć i zaakceptować. Jest taka płyta „Duchy ludzi i zwierząt” - trzeci album grupy Waglewski Fisz Emade, może to właśnie o takie duchy chodzi, z takich ponurych mieszkań.

Jest tam też Kora, brązowa jamniczka, którą uwielbiam. Od czasu do czasu miewa szczenięta, których nie pozwala mi dotykać, ale gdy już stają na własnych, trzęsących się nogach, same do mnie przychodzą. To właśnie na cześć tej brązowej jamniczki, moja czarna jamniczka otrzymuje takie imię. Nie wybrałem innego, mimo że w kamienicy przy Dąbrowskiego 15 mieszkają też różne psy. Wyżeł o imieniu Saba na drugim piętrze. Beta, taki niby bokser, której właścicielka, otyła, rubaszna, niezbyt sympatyczna kobieta, na którą wszyscy mówili babka Rosakowa, mieszka w suterenie. Nie znam przyczyny niesympatyczności owej kobiety. Może to ta suterena tak ją nastraja.
Bo to bardziej nora przypominająca piwnicę, niż mieszkanie. A może, gdy nie była jeszcze babką Rosakową, tylko małą dziewczynką, mieszkała w Petersburgu, była córką hrabiego i hrabiny Rossakoff i teraz tęskni za swoim dawnym życiem? W suterenie, obok domniemanej hrabianki, mieszka jeszcze jedna kobieta. Zastanawiam się, czy zamieszkujące sutereny kobiety wraz przydziałem lokalu otrzymywały też miano babki. Tę drugą też tak tytułowano. To babka Wilfortowa. Być może kiedyś nosiła nazwisko de Villefort i pochodziła w prostej linii od Gerarda de Villeforta, jednego z oponentów hrabiego Monte Christo. Mnie, małemu chłopcu, przypomina jednak kogoś, kto zawarł pakt z diabłem i poluje na małych chłopców, by wyjadać im mózgi. Jest niska, zgarbiona, a jej pomarszczona skóra kolorystyką przypomina egipskie mumie. Nie ma psa, ale możliwe, że dzieli swoją suterenę z nietoperzem albo jakimś potworem przykutym łańcuchem do ściany. Boję się babki Wilfortowej. Jest straszniejsza niż martwe, spreparowane zwierzęta u wujka Staśka.
Dla mnie to na szczęście już przeszłość. Teraz mieszkam na Tysiącleciu i mam swoją wymarzoną Korę. Jest coraz większa, coraz mądrzejsza. Nadal nie śpiewa, jak jej imienniczka.

Biega, macha swoim cienkim ogonkiem, przynosi piłkę, czasem warczy gdy mocuję się z nią i próbuję jej odebrać zabawkę. Nie boję się, to zabawa. Gdyby jakiś reżyser zapragnął nakręcić film „Szczęście małego chłopca”, powinien odwiedzić mnie z kamerą. Coraz bardziej ją kocham. I coraz bardziej się martwię, gdy patrzy na mnie smutnym wzrokiem i nie chce się bawić. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej przerażony, a ona coraz słabsza. Jedziemy do weterynarza. Jakieś leki, jakaś niewielka poprawa. Jakiś niewielki uśmiech na mojej twarzy. Jest członkiem rodziny, a ja mały chłopiec nadaję jej w wyobraźni ludzkie cechy. Pytam mamy, czy gdy wyzdrowieje i będzie wiedzieć, że to my ją wyleczyliśmy, to będzie nas jeszcze bardziej kochać. Gdy wyzdrowieje... gdy, jeśli... jest nadal chora.
Ponowna wizyta u lekarza. Jakiś zastrzyk, jakieś leki – cud. Mama, ja i Kora wychodzimy z lecznicy. Nie musimy jej nieść na rękach. Najpierw idzie spokojnie, jakby sama nie wierzyła, że znów może. Biegnie, ciągnie smycz i szczeka. Idziemy przez park, później trzecią Aleją do Placu Biegańskiego, skręcamy w lewo w ulicę Dąbrowskiego. Odwiedzamy babcię i dziadka. Moja radość kończy się tak samo szybko, jak się zaczęła. Kora słabnie, kładziemy ją na kocu. Nie mogę powstrzymać łez. Babcia mówi – nie płacz Piotrusiu, to tylko pies. Czuję, jak litery tych słów zaczynają układać się w metalowy stempel, którym po rozgrzaniu do czerwoności znaczy się bydło. Moja babcia wyciąga ten stempel z paleniska swojego kaflowego pieca i przyciska go do moich pleców. Moja skóra syczy, w powietrzu unosi się zapach palonego ludzkiego ciała. Teraz mam to zdanie na plecach, zostanie ze mną już na zawsze. Kiedyś, za kilka lat, na chwilę poddam je drobnej modyfikacji i nie płacząc, pomyślę, to tylko babcia.

Wracamy do domu. Kora nie jest w stanie iść o własnych siłach. Dostaje leki. Ktoś niewidzialny kładzie ją na huśtawce razem z moimi uczuciami. Perwersyjnie bawi się nimi – góra – dół, góra – dół, lepiej – gorzej, smutek – nadzieja, góra – dół.
Z dołu do góry, z góry na dół
Z ciemności w słońce, z ciszy w krzyk
Wesołe miasteczko, do którego bilety sprzedaje szatan.
Jestem z Korą w pustym mieszkaniu. Ona leży na czerwonym kocu w kratę. Kiedy zamykam czasem oczy, te kraty stają się twarde jak stal w oknie więziennej celi, jestem w niej zamknięty, nie mogę się wydostać, nie mogę nic zrobić. Na jej drzwiach powiesił ktoś tabliczkę z napisem „Bezradność”.
Siedzę na podłodze obok Kory, jestem z nią sam. Nie wiem dlaczego, jakie sprawy były ważniejsze, że mały chłopiec został skazany na to, by sam dźwigać nieludzko ciężki głaz. Nigdy o to nie zapytałem, nawet, gdy byłem już dorosły. Te słowa zaciskały się na mojej szyi jak pętla, do której przywiązano ten kamień, który musiałem wtedy dźwigać.
Kora jest słaba, może już tylko leżeć na boku. Oddycha wolno, ale gdy kładę na niej rękę, jej serce biegnie gdzieś nienaturalnie szybko, jakby chciało się rozpędzić i uciec przed cierpieniem.
To przychodzi nagle. Szybszy oddech, galop serca, cichy pisk – cisza. Krzyczę coś, najgłośniej jak potrafię. To nie są słowa, to niewidzialny papier ścierny w mojej krtani. Do bólu, prawie do krwi. Patrzę w jej oczy, są otwarte, przestają błyszczeć. Stają się matowe i coraz bledsze, jak białko jajka, które ścina się powoli na zbyt słabo rozgrzanej patelni.
Nie mogę przestań na nie patrzeć.
Jej już nie ma, ale nadal nie jestem sam, jest ze mną śmierć, krząta się jeszcze chwilę po mieszkaniu. Rozgląda, jakby kogoś szukała. Wreszcie wychodzi, jeszcze odwraca się na chwilę i cedzi przez odsłonięte zęby – jeszcze tu kiedyś wrócę... kilka razy. Nie kłamie.
Fot. archiwum rodzinne Piotra Karońskiego
