Koniec sezonu, lato, wakacje
12 czerwca Filharmonia Częstochowska zamilkła na dwa miesiące (choć nie do końca). Zrobiła to z rozmachem, przy pełniutkiej widowni i bogatym programie pożegnalnego wieczoru. Dwóch z trzech utworów nie słyszeliśmy jeszcze nigdy dotąd, a i trzeci to rodzynek.

Dyrektor filharmonii i dyrygent jej orkiestry Adam Klocek wyjaśnił melomanom, że na koncert 12 czerwca wybrano dzieła z lat 1826 (Beethoven), 1926 (Szymanowski) i 2026 (Pospieszalski). Te daty są ważne. Był to bowiem nie tylko wieczór kończący sezon artystyczny w gmachu przy ul. Wilsona, lecz także kolejna okazja, by uczcić 200-lecie połączenia Starej i Nowej Częstochowy.
Awangarda sprzed 200 lat
Zaczęliśmy od 16. Kwartetu smyczkowego F-dur, ostatniego przed śmiercią dzieła Beethovena. Tyle że w wykonaniu nie czterech, ale - na oko - ze 40 skrzypków, altowiolistów, wiolonczelistów. Plus kontrabasiści, których w oryginale brak. Jeszcze nikt nigdy nie rozbudował w ten sposób tego kameralnego w założeniu utworu. I co? Wyposażony w spotężniały głos, zaczął on przekazywać zupełnie nowe znaczenia. Dla mnie był przede wszystkim jak spokojne spojrzenie starego, doświadczonego człowieka na życie już poza nim - fragmenty radosne przeplatające się z poważnymi. We wcześniejszych, zwłaszcza tych najsłynniejszych utworach Beethovena trudno o spokój. Działają na słuchacza jak filiżanka zbyt mocnego espresso: serce mu łomocze, reakcje stają się nerwowe, emocje biorą górę. Tu natomiast płynęło ku nam ze sceny niczym niezakłócone ukojenie.

I bardzo, bardzo słychać po Kwartecie, jak dalece kompozytor wyprzedzał swoją epokę. Kolejny raz zastosował tu charakterystyczną dla siebie metodę: brał motyw muzyczny, bawił się nim, by płynnie przejść do następnego motywu, następnej zabawy, i znowu, i znowu, i znowu… Dzięki temu, gdy chciał, osiągał u słuchaczy wrażenie, że nie mają kiedy złapać oddechu. I tak jest do dziś. Zdarza mi się czasem oglądać na YouTube, jak osoby nieznające wcześniej wielkich kompozytorów słuchają po raz pierwszy Bacha, Mozarta, Chopina… Raz trafiłam na wielbiciela rapu czy może nawet rapera: na oko 50 lat, może więcej, Afroamerykanin, luzak z jointem w palcach, rozłożony na kanapie. Odtwarzał na laptopie V Symfonię. Na początku kręcił głową zniesmaczony: nie dał rady przy tej muzyce gibać się do rytmu. Potem słuchał coraz uważniej, koncentrował się coraz silniej i widać, po prostu widać było, że zaczyna się dusić. A w końcu wrzasnął do portretu Beethovena na ekranie: - Kurna, gościu, zwolnij trochę, bo nie nadążam!!!
W Kwartecie to niekończące się rozwijanie melodii nie jest jedynym zabiegiem technicznym. Są też inne, a dzięki nim muzyka brzmi wręcz awangardowo.

Inspiracja folklorem sprzed 100 lat
Na początku filharmonia wybrała do programu „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego, napisane dokładnie sto lat temu. Niestety, zachorował jeden ze śpiewaków i trzeba było zmienić plany. Padła propozycja „Harnasiów” op. 55., bo w 1926 roku kompozytor koncentrował się na nich właśnie (generalnie balet ten powstawał w latach 1923-31).
My zamiast wersji baletowej dostaliśmy koncertową. Nie wyglądało, żeby ktoś narzekał, a jeśli tak, mogę mu przebieg spektaklu streścić błyskawicznie. Nie osobiście jednak, lecz cytując z najlepszego źródła, bo z felietonu samego Wiecha „Harnasie na Szmulkach”, napisanego w 1951 roku. Szkoda by go tu nie przytoczyć, skoro jest okazja, kryje on bowiem mistrzowski zarys fabuły - choć z zaskakującą interpretacją scenicznych wydarzeń. A zatem: „Harnasie” - żywe obrazki z życia wczasowiczów i derożkarzy w Zakopanem [...]. Wczasowiczki za góralki są przebrane, na świeżym powietrzu się znajdują. Jednej czarnej niby tyż to zapowiedzi z jednem derożkarzem wyszli i ma być ślub. [...] Derożkarze bajerują druhny, nagle strzał ze straszakai na scenę wlatują Indiani. [...] To właśnie harnasie, czyli zbójnicy tatrzańscy. Znaczy się zakopiańskie chuligani. Troszkie faktycznie na bikiniarzy podobne. Mandoliny na głowach, spodnie wąskie do kostek, krawaty z widoczkamy… [...] Jeden lampe tłucze i nieporozumienie towarzyskie się odbywa. Główny bikiniarz, chociaż tańczy na medal, panne młode na weselu oblubieńcowi odbija i pryska z nią na Gubałówkie… Ale pogotowie go zabiera, bo go panna młoda osobiście pogrzebaczem zaprawiła. Reszta harnasiów udaje się na wypoczynek do komisariatu.

No właśnie, to nas ominęło. A także część muzyki. Dyrektor Klocek wyjaśnił, że balet w całości trwa godzinę, dlatego na potrzeby koncertu wybrano jedynie fragmenty partytury. Ale za to jakie! Same góralskie przeboje, na czele z „Idem w las, piórko mi sie migoce” i „W murowanej piwnicy”. I jeszcze z tą piosenką, która zaistniała nie tylko w „Harnasiach”, ale też w dyskografii zespołu Skaldowie, ze słowami Ni mom chęci do roboty ani rano, ni wiecorem. Hej, stane na wirsycku, bede dyrektorem.
Do orkiestry przyłączył się chór Collegium Cantorum. Szczególnie zaś tenor Jakub Mateusz Kiciński, który posiada umiejętność białego śpiewu, charakterystycznego m.in. dla górali. Od czasu do czasu dyrygent dawał mu znak i wtedy tenor robił właśnie to, co bracia Golcowie w jednej ze swoich piosenek zapowiadali słowami: A tera solówa. Na koniec dostał specjalne brawa. A za całe wykonanie „Harnasiów” muzycy usłyszeli znacznie więcej oklasków niż wcześniej za Beethovena. Bo to naprawdę była wielka przyjemność - muzyka wyprowadzona z folkloru w całej jego szlachetności, która NIE trąci ludowizną dla ceprów w straganie na Krupówkach.
Współczesny finał i nasz człowiek

Trzecim punktem programu było „Te Deum” Marcina Pospieszalskiego. Kim jest kompozytor, wręcz nie wypada tłumaczyć, bo cała rodzina Pospieszalskich to Częstochowianie i chyba każdy słyszał o ich talentach muzycznych. Pan Marcin w zapowiedziach koncertu podkreślał: „Te Deum” dedykuję mojemu miastu Częstochowie i jestem dumny, że zostanie ono wykonane przez znakomitą orkiestrę i chór w Częstochowskiej Filharmonii, miejscu, które w dzieciństwie i młodości było dla mnie muzycznym sanktuarium. W filmiku opublikowanym w CGK mówił też, że nigdy nawet nie marzył, by jakiś jego utwór zabrzmiał w naszej filharmonii.
Cóż, sądząc z reakcji publiczności, marzenia takie jak najbardziej powinny istnieć i zostać zrealizowane już wcześniej. Jeśli chodzi o entuzjazm słuchaczy po wykonaniu dzieła, Marcin Pospieszalski zdeklasował Szymanowskiego, a Beethovena jeszcze bardziej. Wywołany na scenę, bukiety dostał aż dwa, a potem ludzie zaczęli wstawać z miejsc i bić brawa na stojąco.
No i już - koniec sezonu, lato. Jednak czy na pewno? 18 czerwca wystąpił tu słynny trębacz Gileno Santana, przez całe wakacje trwał będzie Letni Jurajski Festiwal Muzyczny, a we wrześniu festiwale Gaude Mater i hubermanowski. Cicho to filharmonia nie będzie siedzieć.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska
