Jak pozbyłem się Kaśki?
Nie pamiętam, ile mam lat. Na pewno mniej niż sześć, ponieważ wraz z rodzicami nadal mieszkamy u dziadków przy ulicy Dąbrowskiego w Częstochowie. Dni spędzam głównie na zabawie. Najczęściej ustawiam plastikowe żołnierzyki i symuluję starcia zbrojne. Moja armia wygląda dość eklektycznie. Ramię w ramię służą w niej żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, husaria, średniowieczna piechota, Indianie i kowboje, jak również kilku władców Polski z różnych epok. To armia tolerancyjna, bez sztucznych podziałów na wiek, pochodzenie, kolor skóry, religię i czasoprzestrzeń.
To silna grupa i jak każda, również moja musi mieć swoich liderów – tych najważniejszych, najlepszych, kuloodpornych. Na czele armii stają Czterej Pancerni – bohaterowie mojego ulubionego serialu. Kolejne jego odcinki śledzę z wypiekami na twarzy, widząc oczami wyobraźni te obłoki na niebie, ten bez po wsiach, ten piec, w którym napalę i tego psa, którego nakarmię zaraz po powrocie. Czterech moich żołnierzy otrzymuje serialowe imiona. Janek Kos trzyma karabin, Grigorij ma czarną skórzaną kurtkę i wąsy, pozostali – Gustlik i Czereśniak, nie mają żadnych szczególnych atrybutów i niczym się nie wyróżniają. Janek jest najważniejszy i pewnie z tego powodu najmocniej przeze mnie eksploatowany. Smutno mi, kiedy łamie dwie nogi. Na szczęście medycyna nie jest bezradna. Z pomocą przychodzi klej i Janek znów staje na własnych nogach, choć nieco krzywych i upapranych brązową mazią. Dobrze, że mój plastikowy Janek nie jest laleczką voodoo. Gdyby tak było, Janusz Gajos do dziś chodziłby utykając na koślawych, wysmarowanych klejem nogach.
Na razie to tylko zabawa, ale w przyszłości planuję zostać czterema pancernymi skumulowanymi w moim jednym ciele. Teraz przebieram się za czołgistę, za pasek wkładam własnoręcznie wykonany granat, a przez ramię przewieszam plastikowy karabin, który mama przywozi mi z wycieczki do Związku Radzieckiego. Dobrze, że przez granicę można przewozić takie karabiny i nie został mamie odebrany przez służby celne, tak jak złoty pierścionek, który według protokołu został przekazany na skarb państwa ZSRR, a mama za ten karygodny czyn musiała spędzić 24 godziny w „ruskim” areszcie bez pierścionka, ale za to z moim karabinem. Jakby fakt, że wsparła tym pierścionkiem radziecki budżet, nie był wystarczającą formą zadośćuczynienia za kontrabandę.
Biegam z tym karabinem za wrogiem po wszystkich pokojach i planuję, że w przyszłości już z prawdziwym karabinem i granatem będę gonił hitlerowców z mojej ojczyzny, aż będą im opadały spodnie. Tak jak w piosence „Telewizja” Jacka Kleyffa przypomnianej w 2012 roku przez zespół Akurat.

Teraz jestem żołnierzem, jestem zaprogramowany przez samego siebie i filmowy serial. Mógłby ktoś o mnie zaśpiewać:
jesteś system mechanicznie doskonały
jesteś system mechanicznie doskonały
i ...nagle coś się zepsuło….
Nie wiem, jak to się stało, skąd ta myśl, to pragnienie, to nagłe porzucenie służby ojczyźnie, ten radykalny zwrot.
Nie pamiętam, jakich słów używam. Pierwszą osobą, która słyszy moją prośbę jest babcia. To onateatralnym szeptem przekazuje ją mojej mamie, która właśnie wróciła z pracy – Piotruś chce lalkę…. Babci z pewnością te słowa grzęzną w gardle, No bo jak to? Ten bohater, stojący na straży pokoju i granic Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej chce lalkę. Gdyby chociaż chciał taką malutką plastikową Marusię do sparowania z Jankiem Kosem albo Lidkę i Honoratę do podziału między pozostałych pancernych. Nie, on chce lalkę - taką normalną lalkę. Babcią pewnie wstrząsa lęk, że ta lalka mną zawładnie, ale nie tak jak w klasycznym horrorze, tylko tak zwyczajnie po ludzku – namiesza mi w głowie, wywróci do góry nogami panujący w babcinym świecie porządek i zmieni bezpowrotnie moją orientację. Babcia nie ma jednak wyjścia, musi się z tym zmierzyć. Mama odpowiada – to trzeba mu kupić.
Trochę mnie ta tolerancja mamy zaskakuje. Lalka pojawia się w moim świecie dość szybko. Nie wiem skąd pochodzi, ale pewnie ze sklepu z zabawkami w II Alei, przy witrynie którego muszę zawsze przystanąć ilekroć mijam go podczas spaceru z rodzicami.
Lalka jest dość duża, trochę niższa ode mnie, ma dwa kucyki, kolorową sukienkę, a jej ciało wykonane jest z wypchanego czymś miękkim materiału. To nie klasyczny bobasek z tworzywa, czy gumy do przewijania i wożenia w wózeczku przez małe dziewczynki. Moja lalka jest starsza. Ode mnie chyba też. Taka starsza koleżanka, to dobry wybór dla małego chłopca. Na chrzcie daję jej Kaśka. Nie pamiętam, ile trwa mój z nią związek, jak wyglądały nasze wspólnie dni. Po jakimś czasie przychodzi moment, kiedy czuję, że Kaśka zaczyna mnie uwierać. Tak jakby coś się wypaliło, odeszło bezpowrotnie. Nagle przestała być moim pragnieniem. Stała się obca, niepotrzebna.

Mówię o tym mamie. To słowa małego chłopca, niepodparte argumentacją. Zero wyjaśnień, rzucam – nie chcę już lalki. Ona jednak nie znika. Patrzymy na siebie bez uczucia, ja na nią nawet z odrobiną złości. Może to moja armia po cichu śmieje się za moimi plecami. Może w powietrzu czuć zapach prochu i najwyższy czas wrócić na front. A może jak w piosence Pidżamy Porno – Katarzyna ma katar, prątkuje i zaraża, a ja boję się tej infekcji. Muszę coś z tym zrobić. Obmyślam plan.
PRL to dziwny czas. W PRL-u czasem się coś kupuje, ale częściej załatwia. Wszelkie towary uchodzące ówcześnie za luksusowe pochodzą spod lady. Teraz trudno uwierzyć, że do tej grupy należały również książki. Ale to nie książki potrzebowałem, by pożegnać się z Kaśką. Do grupy towarów pożądanych należała również eksportowa szynka i to ona stała się częścią mojego planu. Szynka pojawia się niespodziewanie - ktoś ją oczywiście załatwia. Jest trochę nietypowa, nie wygląda jak obiekt westchnień i pożądania, czyli nieduża, czerwona konserwa, z napisem Polish HAM Krakus.
Ta jest większa, puszka ma ubogie napisy i jest prostokątna. Szynka z puszki wędruje do lodówki, a puszka staje koło pojemnika na śmieci.Gdy nikt nie widzi, po kryjomu transportuję do kuchni Kaśkę. Ku mojemu zadowoleniu mieści się w puszce. Nie wiem jak to robię, że nikt nie zauważa jej obecności w poszynkowym wnętrzu. Zamykam ją w tej puszce, jak Walentinę Tiereszkową w statku kosmicznym Wostok 6, albo Majora Toma ze „Space Oddity” Davida Bowiego.
Ground control to Kaśka
Commencing countdown, engines on
Check ignition and may Gods love be with you...
To koniec. Kaśka wylatuje w daleką podróż, by już nigdy do mnie nie wrócić.
Muszę się przyznać, gdzie zniknęła. Mój czyn nie znajduje zrozumienia. Chyba nawet jest mi trochę głupio, ale muszę z tym żyć.
Do armii wracam tylko na chwilę. Później wysycha we mnie chęć walki, męskiej przygody z bronią przy boku. Przechodzę w stan spoczynku. Nie walczę, nie strzelam i już nigdy nie pojawia się myśl, by pozbyć się jakiejś Kaśki.
Fot. archiwum rodzinne Piotra Karońskiego
