Historia zaginionego filmu
Taśma z „Ja tu rządzę!” przeleżała ponad 30 lat w piwnicy, przykryta grubą warstwą kartofli. Film uznany dawniej za zaginiony obejrzeliśmy w ramach pierwszego w tym miesiącu spotkania w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „Rumcajs”. Jego tajemnice zdradził zaś filmoznawca Grzegorz Pieńkowski.

Miniony weekend należał do spektaklu „Femme Fatale”. Ina Benita kreowana przez Sylwię Warmus powróciła tym samym na scenę kameralną Teatru im. Adama Mickiewicza. Tę samą, na której legenda kina występowała w sezonie 1933/1934 (biorąc udział w kilkunastu przedstawieniach premierowych).
Bilety na sobotnie i niedzielne przedstawienie, które gościnnie zaprezentował Teatr Współczesny w Krakowie (z którym aktorka „Mickiewicza” owocnie współpracuje), wyprzedały się w ekspresowym tempie. Pierwszemu z pokazów towarzyszyło również spotkanie z twórcami spektaklu i biografem Benity – Markiem Telerem, autorem książki „Zagadka Iny Benity. AK-torzy kontra kolaboranci” (rozmowę poprowadziła Magdalena Fijołek) oraz wystawa „Inna Ina” (na której zaprezentowano fotografie autorstwa Piotra Dłubaka, rysunki Tomasza Brańskiego i obraz Izabelli Sowier-Kasprzyk).
Nie był to jednak koniec propozycji poświęconych gwieździe przedwojennego kina. W poniedziałek, 2 marca zorganizowano bowiem pokaz specjalny filmu „Ja tu rządzę!” z 1939 r. Widzów zaprosił Dyskusyjny Klub Filmowy „Rumcajs” (działający w Klubie Politechnik), inicjatorką wydarzenia była właśnie Sylwia Warmus, a prelegentem – Grzegorz Pieńkowski, prezes Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych (który regularnie odwiedza częstochowski Klub, prowadząc prelekcje przed pokazami).

Sylwia Warmus wspomniała, przepraszając za lekką niedyspozycję, że walczy właśnie z zapaleniem ucha. Z tą chorobą przyszło jej się też mierzyć na scenie, bo niedzielny spektakl grała – jak mówiła – na „antybiotyku”. Wspominam o tym, bo te okoliczności dobrze oddają realia, z którymi ściśle łączy się zawód aktora – grać ponad wszystko. Bywa, że z kontuzją, przeziębieniem, zapaleniem. Publiczność czeka, aktor wychodzi na scenę. To oczywiście takie „podręcznikowe” podejście poświęcenia dla roli, od którego bywają dziś przeróżne wyjątki, niemniej Ina Benita wierzyła pewnie w podobną ideę, podkreślając, że aktorstwo trzeba mieć w duszy.
- Benita podkreślała, że to właśnie w Częstochowie nauczyła się myśleć jako aktorka. Bo kiedyś w garderobie w Warszawie, będąc już gwiazdą filmową, usłyszała: no tak, Ina Benita, ładna dziewczyna, ale niestety kiepsko gra, aktorka z niej żadna. Co nie było prawdą, bo grała bardzo naturalnie, jak na tamte czasy. I wtedy właśnie za sprawą Iwo Galla, ówczesnego dyrektora częstochowskiego teatru, przyjechała na prowincję. Wiele osób jej odradzało, mówiło by tego nie robiła. Na próżno. Ina chciała zdobyć warsztat, stać się aktorką sceniczną, dramatyczną – przypomina Warmus.

Ukryty pod warstwą ziemniaków
Potem swoją prelekcję rozpoczął Pieńkowski. Przypomniał, że na pokaz wybrano tytuł szczególny, bo „Ja tu rządzę!” Mieczysława Krawicza przez ponad trzy dekady uznawano za film zaginiony. – Nakręcono go na początku sierpnia. Został zmontowany do tak zwanej wersji roboczej (pamiętajmy, że to są czasy taśmy 35 mm) - jedna taśma z obrazem, jedna - z dźwiękiem. Wybuchła wojna. Premiera była planowana na październik. Nie odbyła. Po wejściu Niemców do Warszawy ze wszystkich wytwórni warszawskich, co tylko mogli, wywozili do Berlina, do głównej wytwórni filmowej III Rzeszy. I w roku 1941 ten film został wprowadzony przez Niemców do kin dla Polaków na terenie Generalnej Guberni. W dziesięciu kopiach. Był wyświetlany do roku 1944, kiedy to Niemcy, skąd tylko mogli, wycofywali wszystko, co polskie. No i zniknął. Polskie filmy, które miały być przebojami przed wojną, były wprowadzane w 30-35 kopiach; w dziesięciu rozpowszechniano te, które były skazane na szybkie zejście z ekranów – rozpoczął opowieść filmoznawca.
Na tym ta historia się jednak nie skończyła. Pora na przeskok do roku 1978, gdy Pieńkowski pracował już w Filmotece Narodowej. Pewnego dnia wezwał go dyrektor i poprosił, by ruszył do pewnej wioski na Lubelszczyźnie. Wyprawa miała być odpowiedzią na list, który dotarł do Filmoteki. – Radny z tej wioski napisał, że po śmierci ojca porządkował jego dom i w piwnicy - pod wieloletnią warstwą kartofli - znalazł metalowe, duże puszki. Zaniepokoiło go to, bo ojciec działał w partyzantce, może to jeszcze miny przeciwpiechotne? Wezwał saperów. Okazało się, że to nie miny, tylko taśma filmowa. Pojechałem, sprawdziłem – wspominał Pieńkowski.

Nikt nie wiedział, skąd pod ziemniakami wzięła się kopia „Ja tu rządzę!”. Na szczęście te 30 lat leżenia filmowi nie zaszkodziło. - Przywieźliśmy ten film do Warszawy. Taśma jeszcze łatwopalna, bo tylko takie wtedy robiono. I okazało się, że jest to, jedyna zachowana w całkiem niezłym stanie kopia! – dodał.
Niemiecka ingerencja
Przed pokazem Pieńkowski zwrócił uwagę na ślad niemieckiej ingerencji pozostawiony w filmie, w Polsce coś takiego raczej by się nie zdarzyło. - Akcja dzieje się na Starym Mieście w Warszawie. Główny bohater wychodzi zamieść chodnik (jest uczniem w warsztacie szewskim i to należy do jego obowiązków), patrzy w kierunku Rynku Starego Miasta i widzi… Kościół Mariacki w Krakowie. Prawdopodobnie, bo to jest dosłownie osiem klatek, podczas montażu taśma uległa częściowemu uszkodzeniu. Musieli wstawić coś, żeby nie ciąć dźwięku, żeby wszystko się synchronizowało i wstawili coś z Polski – opowiadał.
„Ja tu rządzę!” to prawdziwa śmietanka filmowa. Sam reżyser, Mieczysław Krawicz, był autorem „Każdemu wolno kochać”, czyli pierwszego polskiego filmu w pełni udźwiękowionego. Stworzył też m.in. „Grzeszną miłość”, „Dwie Joasie” czy „Pawła i Gawła”. Był szefem operatorów filmujących powstanie warszawskie. Sam zginął we wrześniu 1944 r.

Powstania warszawskiego nie przeżył również zaledwie 31-letni Zbigniew Rakowiecki, który w „Ja tu rządzę!” wciela się w postać głównego bohatera – hrabiego Józia Lulewicza oraz Józef Orwid, grający jego szefa – szewca Wirgiliusza Kopytkiewicza. Przez wiele lat myślano, że podobny los podzieliła również Ina Benita, filmowa Joasia Kopytkiewiczówna, jednak całkiem niedawno okazało się, że zmarła w Pensylwanii w latach 80. (jej pełnemu tajemnic życiu poświęcony został właśnie spektakl „Femme Fatale”).
Hrabia i córka szewca
Na ekranie nic nie zapowiada tej wojennej tragedii. Wręcz przeciwnie, bo jak mieliśmy się okazję przekonać, „Ja tu rządzę!” to znakomita komedia (zrealizowana zresztą według „Pani majstrowej” Wincentego Rapackiego).
Z Józia było zaś niezłe ziółko. Nocne hulanki i koszty beztroskiego trybu życia syna niepokoją jednak matkę – hrabinę Lulewiczową. Hrabia marzy o założeniu teatru, ale pieniędzy nie ma, a mama dawać już nie chce. Zatrudnia się więc jako terminator w warsztacie szewskim. Doświadczenia – również - nie ma, żadnej pracy dotychczas nie wykonywał, ale potrafi śpiewać. I to jak (Rakowicki zaczynał karierę w zespole rewelersów i to słychać)! A w tym zakładzie bardziej od znajomości dratwy, liczą się wokalne umiejętności. A że komedia romantyczna, to całkiem przypadkiem córką szewca jest blond piękność (Benita na ekranie olśniewała!)… Józio się zakochuje i nie jest to bynajmniej miłość nieodwzajemniona.

Obsada jest zresztą doskonała, bo oprócz już wymienionych gwiazd, wyśmienite kreacje stworzyli w niej m.in. Mieczysława Ćwiklińska jako hrabina, Władysław Grabowski – jako jej brat – Anatol, Ludwik Sempoliński jako kompozytor Wacław czy Loda Niemirzanka jako śpiewaczka Lolita.
Od pierwszych sekund zostałam wielbicielką hrabiny i jej lubującego się w hazardzie oraz w wychodzeniu z nieswoimi rzeczami brata. I rozmowy, ich problemy i perypetie są rozczulające.
Dowcip z klasą
Czy film sprzed blisko 90 lat może bawić? Nawet nie sądziłam, że tak bardzo! Oglądając, śmiałam się i pod nosem, i całkiem na głos. Nie byłam w tym zresztą osamotniona. To dowcip retro, z klasą, z celnym słowem, zabawą sytuacją. I naprawdę przyjemną muzyką, bo jak podkreślał Grzegorz Pieńkowski, piosenki z „Ja tu rządzę!”, cieszyły się później sławą w kabaretach, a niektóre – nucone są do dziś.
Jeśli kiedyś będę miała okazję, ponownie zobaczyć go na dużym ekranie, chętnie zrobię sobie powtórkę. I Wam też to polecam.
Fot. Grzegorz Skowronek
