Folk na krawędzi. Artyści rozrywają tradycję, by zszyć ją na nowo
To była dwudniowa celebracja muzyki, która z rozmachem eksplorowała pogranicza folku, metalu i industrialu. 16 i 17 października Muzyczna Meta gościła pięciu artystów, którzy zaprezentowali zróżnicowane wizje kulturowych korzeni- od akustycznej inwokacji mitu po postapokaliptyczną, cybernetyczną estetykę.
.jpg)
Pierwszy wieczór, zatytułowany „Szlakiem Starych Żniw”, koncentrował się na idei muzycznego rytuału, stanowiąc podróż do pierwotnej, nieokrzesanej mocy. Odmienny od wstępnych zapowiedzi harmonogram, wprowadził publiczność w stan transu za sprawą występu solowego projektu Szlakiem Starych Drzew. Artysta operujący techniką live loopingu, zaprezentował innowacyjne podejście do muzyki korzeni. Jego performance był dynamiczną syntezą archaicznych brzmień i współczesnej ekspresji, tworząc unikalny most pomiędzy epokami. Dawne instrumenty, takie jak lira korbowa, saz i lira smyczkowa, zyskały nowe życie, zderzając się z rytmicznym ogniwem beatboxu, surową energią gitary elektrycznej i wokalnymi elementami hip-hopu.
Muzyka Szlakiem Starych Drzew to nie tylko dźwięk – to filozofia i opowieść o wolności i korzeniach. Każda chwila na scenie była unikalną, ulotną kompozycją, która na nowo definiowała relację człowieka z naturą, przywołując dzikość uśpioną w miejskim zgiełku. To była porywająca, transowa medytacja nad syntezą epok.
.jpg)
Po projekcie, za którym stoi Maciej Szustak,przyszedł czas na Żniwa. Zespół, tworzony przez małżeństwo multiinstrumentalistów - Skjere i Raido. Ich występ stanowił esencję neoceltyckiego, słowiańskiego i nordyckiego pagan-folku. Żniwa zaoferowali publiczności doświadczenie czysto akustyczne, posługując się wyłącznie tradycyjnymi instrumentami, co w dobie powszechnej cyfryzacji jest świadectwem ich artystycznej integralności. W rękach duetu wybrzmiały magiczne dźwięki lutni, skrzypiec, harfy, czy bogatej palety fletów. Kompozycje Żniw, głęboko zakorzenione w dawnych wierzeniach, legendach i fantastyce, stały się hipnotycznym pejzażem, w którym mitologiczna narracja przeplatała się z melodyjnym ciepłem. Duet, często zasilający również skład Żywiołaka, z łatwością przeniósł słuchaczy w świat mitycznych opowieści i pierwotnej mocy ziemi.
W trakcie wieczoru atmosfera sprzyjała pełnemu zanurzeniu się w klimat wydarzenia, a uczestnicy chętnie eksponowali stroje inspirowane legendami, rekonstrukcjami i estetyką fantasy, zamykając ten dzień w poczuciu wspólnoty i kulturalnego spełnienia.
.jpg)
Z kolei 17 października przyniósł częściową zmianę klimatu, wciągając publiczność w melodię dawnych bardów, aż do fuzji folku z intensywnym, przesterowanym brzemieniem.
Wieczór zainaugurował Viimaheim, bard, którego postać i styl natychmiast nasunęły skojarzenia z wiedźmińskim Jaskrem. Artysta ten, wykorzystując instrumenty akustyczne, snuł muzyczne, epickie historie o herosach, dawnych władcach i odległych, fantastycznych światach. Przenosił nas w miejsca, gdzie przechadzając się pośród wąskich, kamiennych uliczek miasta trafiamy na targ, gdzie zapach ziół miesza się występem wędrownych kuglarzy. Viimaheim jest świadectwem tego, że w erze hałasu wciąż jest miejsce dla prostoty narracji i melodyjnej opowieści. Jego muzyka, głęboko zakorzeniona w estetyce średniowiecznej i folkowej, stanowiła liryczne preludium dla tego, co miało za chwilę nastąpić. Do burzy, która miała rozszaleć się lada chwila.
.jpg)
Nawałnica przyszła wraz z duetem Jarzmo. To, co robią Piotr Aleksander Nowak i Katarzyna Bobik, jest genialne w swojej bezczelności. Jarzmo nie próbuje delikatnie łączyć tradycji z nowoczesnością – oni ją rozrywają i zszywają na nowo za pomocą trudnych do nazwania dźwięków. Jeśli wyobrazimy sobie chaos jako zwartą, geometryczną bryłę, to Piotr i Katarzyna mają taką nadludzką siłę, którą są w stanie wywiercić w niej otwory, zainstalować ładunki wybuchowe i zdetonować, a cząstki powstałe w wyniku eksplozji poskładać na nowo.W opowieść o świecie katastrofie, gdzie w postapokaliptycznej krainie snują się zagubione postaci, które nie wiedzieć dlaczego, nucą cicho i na pozór beztrosko, oberka.
Nyckelharpa, czyli harfa klawiszowa, w rękach Piotra to objawienie. Ten pochodzący ze średniowiecznej Szwecji instrument, brzmiący naturalnie melancholijnie, został tutaj przekształcony w rockowe narzędzie zagłady. W połączeniu z perkusyjną precyzją Katarzyny, Jarzmo stworzyło potężną, rytmiczną machinę, która była zarazem gęsta i hipnotyczna, i która z sukcesem jest w stanie wypełnić lukę między zadymionym klubem rockowym a folkową potańcówką.
.jpg)
Duet jest żywym przykładem tego, że unikalne, DIY podejście do tworzenia muzyki i instrumentów rodzi nieskrępowaną, pierwotną energię, a śmiałość w łączeniu przeciwieństw, skutkuje muzyką niezwykle porywającą i autentyczną, która może być zarówno żywiołowym headbangiem, jak i tradycyjnym tańcem.
Głównym aktorem wieczoru był Czarny Bez, formacja ze Skarżyska-Kamiennej, która zaproponowała konceptualne, słowiańskie science fiction. Określając swoją estetykę jako słowiański „Mad Max” w cybernetycznej epoce żelaza, zespół przedstawił wizję świata, w którym po kataklizmach ludzkość powraca do plemiennych wspólnot i duchowości prasłowiańskiej. Wrażenie potęgowały stroje sceniczne w duchu goth i steampunk oraz dehumanizujące maski męskiej części kwartetu, które wizualnie oddawały dwoistość ich twórczości, tworząc na scenie poczucie obcowania z nową, postludzką rasą, która odnalazła siłę w prastarych wierzeniach.
.jpg)
Muzycznie Czarny Bez to potężna synteza folk metalu i industrialnej elektroniki. Mocne, gitarowe riffy i dynamiczna perkusja są fundamentem, nad którym wznosi się charakterystyczny folkowy kobiecy głos z elementami białego śpiewu. Zespół zaprezentował między innymi materiał z nowo wydanego albumu „W blasku księżyca”. Kompozycje te, będące muzycznymi traktatami o demonologii, bóstwach (jak Mokosz czy Trzygłów) i historii Słowian (jak bitwa o Arkonę), stworzyły gęstą, hipnotyczną atmosferę. Zderzenie archaicznej treści z industrialną oprawą było dowodem na to, jak skutecznie i nowatorsko można eksplorować kulturowe korzenie w konwencji metalowej. Było to widowisko, które angażowało nie tylko słuch, ale i wzrok, pogłębiając immersję w ich mroczną, ale fascynującą narrację. Występ Czarnego Bzu pokazał, że że folk, wzbogacony o elementy ekstremalnych gatunków i wizualną koncepcję, może stać się narzędziem do formułowania złożonych, apokaliptycznych proroctw z głębokim szacunkiem dla kulturowych korzeni
.jpg)
Dwa dni koncertowe w Muzycznej Mecie w Częstochowie okazały się nie tylko przeglądem pięciu odrębnych stylistyk, ale przede wszystkim spójną, choć wewnętrznie zróżnicowaną, manifestacją żywotności polskiej sceny folkowej i okołofolkowej. Były również czymś więcej niż tylko rozrywką, także artystycznym traktatem o tożsamości. Od intymnego akustycznego transu po apokaliptyczny, metalowy zgiełk, wydarzenia te dowiodły, że muzyka korzeni, gdy jest odważnie konfrontowana z nowoczesnością, potrafi stać się jednym z najbardziej intrygujących środków wyrazu.
Fot. Piotr Karoński
WIĘCEJ ZDJĘĆ Z KONCERTU, KTÓRY ODBYŁ SIĘ 17 PAŹDZIERNIKA ZNAJDZIECIE NA CGK.
