Dzięki niemu częściej patrzymy w niebo
Jakim cudem te rzeźby nie spadają? – tego pytania nie można nie zadać Jerzemu Kędziorze, bohaterowi czerwcowych „Częstochowskich opowieści” w Bibliotece.
Idąc na spotkanie z Jerzym „Jotką” Kędziorą, próbowałam wyobrazić sobie jego pracownię. Miejsce, w którym rzeźby czekające na swój moment balansowania nad ulicami, placami i rzekami są po prostu częścią codzienności. To wyobrażenie wydawało mi się niemal nierealne. Podobnie jak trudno wyobrazić sobie dziś krajobraz Częstochowy - a dla mnie również Krakowa, w którym mieszkałam przez kilka lat - bez charakterystycznych balansujących postaci zawieszonych pomiędzy niebem a ziemią.
Bo choć prace Jerzego Kędziory rozsiane są po całym świecie, dla wielu z nas stały się przede wszystkim częścią osobistego krajobrazu. Punktami orientacyjnymi. Miejscami spotkań. A może nawet pretekstem, by choć na chwilę unieść wzrok znad codzienności.
To właśnie dzięki jego balansującym postaciom częściej patrzę w niebo.
25 czerwca, na spotkanie poświęcone twórczości artysty przyszły tłumy. Sala w gmachu głównym Biblioteki Publicznej wypełniła się do ostatniego miejsca, a część uczestników - w tym również ja - musiała zadowolić się miejscem na parapecie. Trudno sobie wyobrazić lepszą rekomendację dla bohatera wieczoru.
Jerzy „Jotka” Kędziora to postać wyjątkowa, nie tylko dla polskiej, ale i światowej sztuki. Urodzony w 1947 roku w Częstochowie, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku, od lat konsekwentnie buduje własny, niepowtarzalny język artystyczny. Jego znakiem rozpoznawczym stały się rzeźby balansujące – formy, które dzięki mistrzowskiemu wykorzystaniu praw fizyki i perfekcyjnemu wyczuciu środka ciężkości zdają się przeczyć wszelkim zasadom.
Ale tym, co podczas spotkania urzekało równie mocno jak sama twórczość był sam artysta - obdarzony ogromnym dystansem do siebie, skromnością i wyjątkowym poczuciem humoru.
Rozmowa prowadzona przez Karolinę Basiak miała niemal gawędziarski charakter. Dzięki temu udało się wydobyć z Jerzego Kędziory nie tylko fakty z jego biografii, ale również liczne anegdoty, wspomnienia i osobiste refleksje. Jedno z pytań dotyczyło wyboru artystycznej drogi.
– Dlaczego rzeźba, a nie malarstwo czy grafika?
– Rzeźba mnie wybrała – odpowiedział artysta.
Jak się okazało, pierwszych inspiracji można doszukiwać się w dzieciństwie. Wśród przedmiotów, które później – być może nieświadomie – wpłynęły na jego twórczość, znalazł się domowy żyrandol, a także znany eksperyment z dwoma widelcami i zapałką balansującymi na szyjce butelki. To właśnie fascynacja równowagą, zawieszeniem i pozornym zaprzeczeniem prawom fizyki miała stać się jednym z fundamentów jego przyszłej twórczości.
Spotkanie okazało się również niezwykle ciekawą podróżą przez historię Częstochowy. Kędziora wspominał swoje młodzieńcze lata, opowiadał o czasach, gdy „na wagary chodził do biblioteki", gdzie poznawał świat sztuki współczesnej. W tych historiach było wiele nostalgii, ale także ogromnej czułości dla miasta, z którego wyrósł.
Nie mogło zabraknąć również pytania, które chyba każdy zadaje sobie, patrząc na jego dzieła:
– Jakim cudem te rzeźby nie spadają?
Odpowiedź wywołała salwę śmiechu.
– Jestem z Częstochowy, więc wiara czyni cuda. Poza tym szkoda by było, żeby spadły.
W tej krótkiej odpowiedzi zawarło się chyba wszystko, co stanowi o fenomenie Jerzego Kędziory – połączenie wiedzy, doświadczenia, odwagi eksperymentowania i charakterystycznego poczucia humoru.
Cykl „Balansujących" przyniósł artyście międzynarodową rozpoznawalność. Jego prace prezentowano od Miami po Abu Dhabi, a także w Londynie, Berlinie, Dubaju czy Madrycie. Tym samym stworzył zupełnie nowy kierunek w rzeźbie – taki, w którym ciężar staje się
Jak to zrobić? Czasem warto po prostu podnieść głowę i spojrzeć w niebo.
Fot. Łukasz Stacherczak
