Czarnobyl - gdzie czas się zatrzymał
Przyszli różni ludzie – od młodych, prawdopodobnie zafascynowanych serialem „Czarnobyl” , albo regularnie śledzących strony i profile zapaleńców (typu Napromieniowani), po tych, którzy w 1986 roku łykali płyn Lugola, a nawet i starszych. Wirtualny spacer po Prypeci i okolicach z Borysem Tynką pozostawił sporo wrażeń i informacji.
- Człowieka ciągnie do miejsc, gdzie wydarzyła się tragedia – mówił na październikowym spotkaniu w Ośrodku Promocji Kultury "Gaude Mater" Borys Tynka, jedyny Polak, który w 2020 roku ukończył specjalistyczny kurs przewodnicki po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia.
Turystyka spod reaktora
W ostatnich latach na świecie mamy wzrost zainteresowania miejscami postapokaliptycznymi, także w ramach tzw. mrocznej turystyki. Czarnobylska Zona znakomicie wpisuje się w kłopotliwe dziedzictwo, które jednak można świetnie wykorzystywać komercyjnie. Trwająca pełnoskalowa wojna w Ukrainie zatrzymała rozwój tego trochę jednak strasznego biznesu (podobno niezwykle dochodowego), jego beneficjenci, ale też pasjonaci takich nie do końca typowych aktywności czekają niecierpliwie na koniec konfliktu.
Do strefy można przyjechać ze zorganizowaną wyprawą na jeden dzień (wyjazd o 7-8 rano z Kijowa) lub na tydzień. Obowiązkowa jest przepustka. Choć promieniowanie w wielu miejscach nie ustało, to podobno takie wycieczki – zachowując rozsądek i przestrzegając środków ostrożności – są bezpieczne dla zdrowia. Chętnych nie brakowało. Najwięcej Brytyjczyków, ale my, jako nacja byliśmy na drugim miejscu wśród wizytujących.
.jpg)
- Najlepiej przyjechać wczesną wiosną albo późną jesienią – opowiadał Borys Tynka. – Lato jest niekomfortowe, bo bywa gorąco, a np. bluza z długim rękawem jest obowiązkowa.
Zimą często jest wszystko zasypane, więc może być niebezpiecznie na nierównym terenie. No i kłopotliwe są weekendy, bo na nie najlepszych drogach Ukrainy są spore korki, lepiej więc wybrać się w środku tygodnia.
Jednodniowa wycieczka (zwana wizytą, żeby zmylić turystyczne tropy) kosztowała ok. 100 dolarów), a obiad w jadłodajni, w której stołowali się likwidatorzy w 1986 r. – 10 dolarów. Podobno całkiem dobry, z kompocikiem.
Ten kto uwierzył, że po zonie biegają mutanty, powinien rozstać się z tą wizją. Oczywiście teren w dużej mierze objęła w posiadanie przyroda. – Niebawem będzie tu zielona puszcza jak u Azteków – mówi Tynka.
Kiedy wiosna rozhula się na dobre zza drzew trudno dostrzec zabudowania Prypeci, nawet te rozległe i wielopiętrowe. Oczywiście prawie wszystkie budynki są dziś mniej lub bardziej zdewastowane. Po katastrofie strefę odwiedzali tłumnie szabrownicy, na pewno w porozumieniu z milicjantami. Co tylko uznali za wartościowe, wywieźli stąd. Być może w niejednym domu, oddalonym od strefy pokoje ogrzewał żeliwny kaloryfer zerwany ze ściany bloków z Prypeci. I sobie promieniował… Podobnie jak przerejestrowane samochody, które jakoś z miasta tajemniczo wyparowały (a miały zostać tam na zawsze).
Wesołe pieski, zakaz picia alkoholu i wody z kałuż
- Wjeżdżając do strefy, już zaraz na początku, we wsi Zalesie witają nas wesołe pieski, są zaczipowane. Cieszą się, jak zobaczą ludzi, bo to oznacza, że śniadanie przyjechało - opowiadał Borys Tynka. - W strefie żyją żbiki, rysie, wilki w stadach i konie Przewalskiego. Nigdy nie słyszałem, by jakiekolwiek zwierzę zaatakowało tam człowieka.
Na takim urlopie w zonie nie wolno palić papierosów, pić alkoholu oraz wody… z kałuż. Za to trzeba nosić na szyi dozymetr, czyli przyrząd do pomiaru dawki promieniowania. Jak coś jest nie tak, zaczyna wyć. Brzmi to trochę strasznie, zwłaszcza jak widzę na pokazywanym w czasie spotkania filmie ciemne i wilgotne piwnice szpitala, a na podłodze ubrania strażaków gaszących płonący reaktor - tak, jak ułożono je tam 39 lat temu. Dźwięk alarmu nie cichnie…
Są jednak ludzie, którzy nie boją się nawet takich miejsc. To tzw. stalkerzy, czyli nielegalni turyści. – Bardzo dobrze znają odwiedzany teren, są w stanie przebywać w strefie po kilka dni, a nawet tydzień i dłużej, korzystając z przyniesionych ze sobą zapasów żywności i wody. Starannie dobierają wykorzystywany sprzęt, przygotowują się do wędrówek przez długi czas, mają własne trasy i skrytki na terytorium strefy. Nocują zazwyczaj w opuszczonych domach i mieszkaniach. Posiadają wystarczająca wiedzę z zakresu dozymetrii, znają dopuszczalne dawki, orientują się w rodzajach promieniowania i metod jej pomiaru. Przemieszczają się głównie w nocy. Największymi dla nich zagrożeniami są pogoda, dzikie zwierzęta oraz organy ścigania
Zamiast diabelskiego młyna - płyn Lugola

Borys Tynka w Częstochowie opowiadał o katastrofie, o jej przyczynach, o ewakuacji Prypeci, procesach sądowych i historii samosiołów, czuli ludzi, którzy po katastrofie postanowili – pomimo zakazu - wrócić do swoich domów w mieszkać na terenie strefy. Dużo uwagi poświęcił pracy strażaków i likwidatorów. Ci, którzy te prawie 40 lat temu jako pierwsi po wybuchu znaleźli się na dachu uszkodzonego reaktora - by usuwać stamtąd m.in. połamany i śmiertelnie niebezpieczny grafit - przepłacili to życiem prawie natychmiast. Ci, którzy likwidowali skutki awarii w kolejnych tygodniach i miesiącach zapadali na choroby popromienne, których skala nie jest znana do dziś. Nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, jak wiele takich osób zmarło.
– Miałem wtedy 13 lat, pamiętam kolejki w przychodniach w Krakowie, by wypić płyn Lugola – opowiadał Borys Tynka. Co ciekawe, okazuje się, że na taką akcję – zresztą bardzo dobrze zrobioną i zorganizowaną na przekór wschodniemu dużemu bratu (tak nazywano w PRL wielkiego sąsiada, czyli ZSRR) – zdecydowano się tylko w Polsce.
.jpg)
Czarnobylską Elektrownię Jądrową im. Włodzimierza Lenina wybudowano 18 km od miasta Czarnobyl, 112 km od Kijowa i 12 km od białoruskiej granicy. Swoją nazwę powinna jednak wziąć od Prypeci, która powstała po to, „by ludziom żyło się lepiej”. To było miasto jak ze snów, co prawda snów radzieckich, ale jednak. Budowę rozpoczęto w 1970 roku. Zaprojektowana specjalnie dla wykwalifikowanych robotników i inżynierów z rodzinami, z przestronnymi ulicami, zielonymi bulwarami, z mnóstwem kwiatów i nowymi wielopiętrowymi blokami Prypieć miała być symbolem sukcesu komunizmu. W momencie katastrofy mieszkało tam 49 tys. ludzi (docelowo miało być 80 tys.), a ich średni wiek wynosił zaledwie 26 lat. Był tu dom kultury, kinoteatr, dom książki, hotel, cztery biblioteki, kompleks placówek medycznych, szkoła muzyczna z salą koncertową, parki, szkoły, przedszkola, sale sportowe, kawiarnie, trzy baseny, sklepy spożywcze i przemysłowe, oferujące towary, o których większość obywateli ZSRR mogła najwyżej pomarzyć.
1 maja 1986 r. planowano otwarcie parku rozrywki z diabelskim młynem i autodromem, które po katastrofie stały się najbardziej charakterystycznym symbolem tragedii.
- Gdyby nie elektrownia w Szwecji, która już 28 kwietnia namierzyła radioaktywną chmurę i podzieliła się tą informacją ze światem, bardzo długo nie wiedzielibyśmy o awarii – mówił Borys Tynka. Bardzo szybko promieniowanie wykryto też w Dani, Norwegii i… w Polsce.
Podczas dwugodzinnego spotkania (sic!) przewodnik mówił o błędach konstrukcyjnych, o eksperymencie, który wymknął się spod kontroli, o naukowcach, którzy nie zdążyli powiedzieć prawdy, i o propagandzie, która zdążyła ją zakopać głęboko pod betonem reaktora. Ale też o ludziach, którzy dziś wracają do zony – nie z ciekawości, tylko z tęsknoty za miejscem, które było ich domem.

Przy okazji delikatnie promował swoją książkę "Sekrety Czarnobyla" . Na tyle skutecznie, że kupiłam i przeczytałam jako uzupełnienie poprzednich lektur i filmowych reportaży, na czele z głośną „Czarnobylską modlitwą" Swietłany Aleksijewicz, obowiązkową dla tych, którzy chcą wejść w tę tematykę. Podobnie obowiązkowy jest serial HBO „Czarnobyl”, który chwalono nie tylko za reżyserię, grę aktorów, ale i wiarygodne przedstawienie Związku Radzieckiego lat 80-tych.
Polecam książkę Borysa Tynki "Sekrety Czarnobyla" (Dom Wydawniczy Księży Młyn) wszystkim tym, którzy chcą poczytać więcej o powstaniu elektrowni, jej działaniu, katastrofie, przyczynach, winnych i ofiarach, ale także o stalkerach czy wciąż żyjącym w zonie samosiołach. Postapokaliptyczna opowieść o świecie nie tak przecież nam odległym, wyzwala refleksje o tym, co stało się, ale i co wciąż może się wydarzyć za naszą wschodnią granicą…
***********************
Niektórzy uważają, że katastrofy nie można było uniknąć, bo została przewidziana w Piśmie Świętym, a przestroga w słowach Einsteina o uzyskaniu niezwykle silnego materiału wybuchowego nie została usłyszana. 26 kwietnia 1986 r. o godzinie 1:23 czas powinien się zatrzymać. Ale tak się nie stało… Globalna katastrofa wymagała globalnego kłamstwa. Wiadomość o wypadku pojawiła się po raz pierwszy w radzieckich mediach dopiero trzy dni później. 1 maja 1986 r. urządzono w Kijowie pochód pierwszomajowy, nie zwracając najmniejszej uwagi na zagrożenie dla jego uczestników. W czasie, gdy tysiące ludzi narażało swoje życie i zdrowie, władze radzieckie spokojnie przygotowywały się do rozpoczęcia 39. Wyścigu Pokoju…

W chwili awarii w Prypeci mieszkało około 49 tys. osób. Większość nie zdawała sobie sprawy z tego, że nigdy już nie wrócą do swoich mieszkań. Miasto – będące niegdyś najmłodszym miastem na świecie – po ewakuacji stało się najkrócej istniejącym.
W Polsce w „Expresie Wieczornym” z 29 kwietnia ukazała się krótka informacja o zagrożeniu związanym z wyciekiem radioaktywnym, jednak pominięto informację o katastrofie. Przeprowadzona w kolejnych dniach akcja podawania płynu Lugola dzieciom była jedną z największych akcji profilaktycznych w historii medycyny...
Spotkanie z Borysem Tynką odbyło się 9 października w Ośrodku Promocji Kultury "Gaude Mater".
Fot. Sylwia Bielecka
