Cofnijmy się o sto Wielkanocy
Co się działo w Częstochowie równy wiek temu? Cukier zdrożał. Zakupów nie można było zrobić wygodnie. Burzyli dworzec kolejowy. Trwała wojna celna - na skalę lokalną, ale z ofiarami śmiertelnymi.

Kwiecień 1925 r. zaczął się w Częstochowie od potężnego zamieszania. Magistrat akurat w pierwszy dzień miesiąca ogłosił rozporządzenie dostosowujące godziny handlu do przepisów ustawowych. Zgodnie z nim sklepy spożywcze miały być otwierane o godz. 7, a zamykane już o godz. 17. Nikt tego jednak nie wziął na poważnie, uważając że to taka sama „wiadomość” jak inne primaaprilisowe sensacje – o stawianiu w naszym mieście pomników, budowie nowego teatru, poczty, szkół, przede wszystkim zaś szpitala dla 50 tysięcy pacjentów, w tym 10 tysięcy umysłowo chorych. Jakież było więc zdumienie właścicieli sklepów, gdy w następne dni posypały się na nich protokoły policyjne za nieprzestrzeganie urzędowych godzin handlu.
Uwzględniając protesty przedsiębiorców, 7 kwietnia Minister Pracy i Opieki Społecznej Franciszek Sokal w osobnym rozporządzeniu zgodził się na wydłużenie w Częstochowie pracy sklepów do godz. 21 – ale tylko do Wielkiego Piątku włącznie. I tylko sklepów kolonialnych, z dewocjonaliami oraz owocarń, których właściciele złożyli specjalne podania w lokalnym Inspektoracie Pracy. Reszta miała być zamykana o 17.
Nie była to jedyna zaskakująca decyzja ówczesnego rządu. Mimo zbliżających się świąt i rosnącego w związku z tym zapotrzebowania na cukier, podwyższono jego cenę o 5 gr za kilogram. Powód – trudna sytuacja przemysłu cukrowniczego.
Sny o potędze. Morskiej
A skoro już przy magistracie jesteśmy, to rozważano również wśród władz miasta, czy by nie zakupić dla Częstochowy okrętu. Nie, nie chodziło o pływanie po Warcie, lecz po najprawdziwszym morzu, a konkretnie Bałtyku. Częstochowa co prawda nie ma do niego dostępu, ale cóż to przeszkadza?

Okręt ów miał kursować na linii Gdańsk – Gdynia - Sopot – Hel, wożąc pasażerów po 6 zł od osoby. […] znaczny dochód, jaki płynąłby z tego źródła, mógłby być obracany na inwestycje miejskie (budowę szkół, szpitala, chodników) bądź też na cele humanitarno-społeczne – zachęcał „Goniec Częstochowski” w swoim wielkanocnym numerze. Podkreślał jednocześnie aspekt patriotyczny. Oto sam Gdańsk – wtedy wolne miasto zamieszkałe przez 350 tys. obywateli – dysponował flotą o łącznej wyporności 100 tys. ton. Cała Polska (27,5 mln ludności) – flotą 3200-tonową. Kupno przez samorząd Częstochowy statku pasażerskiego przyczyniłoby się chwalebnie do rozwoju polskiej marynarki handlowej.
Z pomysłem tym przyjechał do naszego miasta kapitan marynarki Antoni Sprung z Czarnowody w powiecie Starogardzkim. Zalecał kupienie statku używanego, obliczonego na 500 pasażerów; cena – 30 tys. zł, tyle samo trzeba na utrzymanie załogi przez cały rok. Koszty te zostałyby zamortyzowane w ciągu zaledwie 12 miesięcy, oczywiście przy założeniu, że wszystkie miejsca podczas każdego rejsu zostaną wykupione. Już 25 kursów bowiem dawałoby przychód w wysokości 75 tys. zł. A skąd fundusze na inwestycję? Z ofiar i imprez publicznych.
Astrolog i astronom

A skoro przy planowaniu przyszłości jesteśmy: częstochowian zelektryzowała informacja, że przyjeżdża do miasta słynny mistrz nauk tajemnych, rzeczywisty autor chiromancji i fizjonomji. W połowie lat 20. Wacław Pyffello (właściwie Pyfel) dopiero zmierzał ku pozycji jednego z najbardziej znanych stołecznych jasnowidzów. Niemniej już wtedy świadczył usługi także poza Warszawą, od czasu do czasu urządzając objazdy po kraju. W efekcie ukazał się na trzeciej stronie „Gońca Częstochowskiego” z 5 kwietnia 1925 r. (akurat wypadała Niedziela Palmowa) jego anons z charakterystycznym logo. Nad stolikiem pochylają się, wyciągając ku sobie ręce dwie osoby usadowione na stylowych fotelikach. Jedna jest modnie ubraną, młodą damą. Druga to też młody, rozczochrany blondynek, ze starożytnie egipskim makijażem, egipskim tatuażem na obnażonych plecach, w przypominającej spódniczkę egipskiej przepasce biodrowej szendit, a do tego – nie wiedzieć czemu – na obcasach. Znad ich dłoni unosi się spiralą mistyczny dym, a zza kotary wygląda z boku brodaty... ktoś, chyba duch. Tekst okalający ten obrazek głosi m.in. że przybyła znakomitość zajmuje pokój nr 5 w Hotelu Kupieckim przy Alei 18. Objaśnień, rad i wskazówek udziela osobiście od godz. 10 do 20, ale drugiego, ostatniego dnia pobytu – tylko do 17.
Nie była to jedyna wizyta Pyffella w Częstochowie, przy czym z analizy anonsów prasowych w innych latach wynika, iż najpopularniejszy astrolog – chiromant zawsze wybierał ten sam hotel, a w nim ten sam pokój nr 5.

Z czasem Pyffello zasłynął na innym polu. Już w 1932 r. czytamy w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”, czyli gazecie ogólnopolskiej: Pyfello uprawiał swój proceder w ten sposób, iż przy pomocy jakichś wypróbowanych sztuczek i sugestyj potrafił wiele ze swych klientek uczynić sobie powolnemi. Pod pozorem chiromancji i wróżbiarstwa w »gabinecie« chiromanty działy się niekiedy sceny iście bachiczne. Pyfello proceder swój wyzyskiwał dla celów erotycznych. Kilka klientek chiromanty, oburzonych zachowaniem się Pyfella, złożyły doniesienie w urzędzie śledczym. Władze roztoczyły nadzór nad »działalnością« Pyfella.
A skoro o astrologii mowa, to trafiła się w „Gońcu…” z kwietnia 1925 r. nowinka również związana z gwiazdami, aczkolwiek z dziedziny znacznie poważniejszej. Oto tuż przed Wielkanocą papież Pius XI przyjął na prywatnej audiencji podróżników z Częstochowy - biskupa Władysława Krynickiego i towarzyszącego mu kanonika Bonawenturę Mettlera, pasjonata astronomii. Ojciec święty tak bardzo zainteresował się planami uruchomienia w Częstochowie „stacji astronomicznej”, że osobiście udzielił wielu cennych wskazówek w kwestii tego przedsięwzięcia. Dodatkowo ks. Mettler mógł się skonsultować z dyrektorem obserwatorium w Watykanie.

Kolej na kolej
Podobnie jak teraz, żyli częstochowianie sprawą dworca kolejowego. Jednak teraz protestują przeciwko rozbieraniu go, przed stu laty zaś – przeciwnie, chcieli go burzyć. Tyle że nie w całości. Wystarczyło im „skasowanie wysuniętych daleko na chodnik części płotu” – donosił „Goniec…”. Kolej spełniła żądania. W efekcie Ciasne i niewygodne wyjście dla pasażerów z peronu […] na plac przed dworcem zostało rozszerzone.
A skoro już przy dworcu jesteśmy, to ulica Piłsudskiego okazała się w Wielki Czwartek teatrem niebezpiecznych wydarzeń. Był wieczór. Gospodarz z Wyczerp, Ignacy Gęsiarz zaparkował furmankę zaprzęgniętą w dwa konie przed restauracją naprzeciwko budynków kolei. Przypomnijmy, że w okresie przedświątecznym branża spożywcza kończyła pracę o godz. 21. Właśnie wtedy pracownicy sklepu przy ul. Piłsudskiego zamknęli drzwi firmy i z hukiem zasunęli żaluzję. Jej łomot przeraził konie. Poniosły i pogalopowały, ciągnąc za sobą wóz, przez plac dworcowy, w głąb ulicy. Zdołał je zatrzymać przebywający w tych okolicach posterunkowy. Nie dość, że doścignął biegiem zaprzęg, uspokoił zwierzęta, to jeszcze spisał protokół na ich właściciela.
Napad z morderstwem
A skoro jesteśmy przy wydarzeniach dramatycznych, to prawdziwą sensacją kryminalną okazał się krwawy, tragicznie zakończony napad na funkcjonariuszy straży celnej. Doszło do niego w nocy z 1 na 2 kwietnia. Podkomisarz Stefan Gumiński i strażnik Zieliński jechali z Praszki do Kluczna wioząc pieniądze na wypłaty dla swej jednostki. O godz. 23.30 znajdowali się na drodze do Przystajni, niedaleko wsi Kuków. Nagle z zarośli wyskoczyli dwaj zamaskowani ludzie i ostrzelali wóz krzycząc: Masz, draniu! Nie będziesz więcej zabijał przemytników!. Strażnik Zieliński zginął na miejscu, rannego podkomisarza jeden z bandytów dobił strzałem w głowę.
Sterroryzowany furman Pietrzak musiał zabrać wóz, napastników oraz martwych funkcjonariuszy do lasu pod wsią Janiki. Tam został przywiązany do drzewa, a bandyci odjechali, wyrzucając z wozu ciała zamordowanych. Uwieźli całą kwotę przeznaczoną na wypłaty, czyli ponad 6 tys. zł.
Furmanowi udało się oswobodzić z więzów. O 3 nad ranem dotarł do Przystajni i zaalarmował posterunek policji. Pościg wyruszył natychmiast, ale sprawców nie dopadł. Znalazł tylko zakrwawiony wóz. Wstępnie założono, że bandyci uciekli za granicę, która przebiegała zaledwie kilka kilometrów od miejsca zbrodni.
Kolejną smutną wieścią była ta z 3 kwietnia, o śmierci Jana Reszke. Najsłynniejszy w swoim czasie tenor świata zmarł w Nicei, bo stale mieszkał we Francji. Jednak zanim żona, hrabina Maria de Goulaine, która nie znosiła polskiego klimatu, zmusiła męża do osiedlenia się na południu Europy, Jan często bywał pod Częstochową. Miał przecież posiadłość i stadninę w Skrzydlowie, a także inne majątki w gminie Kłomnice i Mstów.
Nowe zwyczaje
Przyzwyczajeni jesteśmy, że Wielką Niedzielę rozpoczyna tradycyjnie rezurekcja o świcie. Jednak 100 lat temu nabożeństwo to odprawiano również podług starszego zwyczaju, bo w Wielką Sobotę wieczorem. W każdym razie tak było w kościele garnizonowym, czyli u św. Jakuba na dzisiejszym placu Biegańskiego. Wierni zebrali się tam o godz. 20 - wszyscy oficerowie jednostki stacjonującej w mieście, kompania honorowa i kilkuset szeregowych z orkiestrą.
Rezurekcja na Jasnej Górze była o tej samej porze. Za to u św. Zygmunta i u Świętej Rodziny (dzisiejsza archikatedra) – już nowym zwyczajem, czyli w niedzielę, o godz. 5 rano.
Pokarmy zaś najdłużej święcono w kościółku w III Alei – co godzinę aż do 22 w Wielką Sobotę.
No i wreszcie zaczęła się Wielkanoc AD 1925. Ponieważ pogoda była piękna, uroczyście wznowiono sezon letni spaceru łódek na rzekach Warcie i Konopce. Organizował tę atrakcję przedsiębiorca Stanisław Małek. Wypożyczał łódki przy fabryce Mottów, ul. Krakowska 57.
Oby teraz, 100 lat później, pogoda tak samo nam dopisała.
Wesołych Świąt!
Fotografie:
Minister pracy Franciszek Sokal, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Nadbałtycka plaża w 1925 r., fot. Wikimedia
Wacław Pytello, fot. Goniec Częstochowski
Papież Pius Xi, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Mona na wiosnę 1925 roku, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
