Cicha chudzina zamiast czarnego smoka, czyli Chopin na historycznym fortepianie
Ta muzyka nie atakowała wprost, od frontu, w stylu „Sięgnę do wnętrza twych trzew - i zatargam”. Wsączała się w słuchacza łagodnie i niespiesznie. Ale gdy już dopłynęła do jego emocji, robiła z nimi, co chciała. Powinna być przepisywana przez lekarzy w celach terapeutycznych.

Szarobłękitny plakat wyglądał zachęcająco z napisem: „Efekt Chopina” i nazwiskiem solisty: Piotr Pawlak. Właśnie to nazwisko zapełniło po brzegi salę koncertową Filharmonii Częstochowskiej wieczorem 7 listopada. Przecież zaledwie dwa tygodnie wcześniej zakończył się XIX Konkurs Chopinowski. Śledziło go 44 proc. Polaków. Na pewno wielu z nich kibicowało wysokiemu, kędzierzawemu gdańszczaninowi, który podczas gry uśmiechał się do klawiatury, który wcześniej już dwa razy brał udział w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina, a teraz, za trzecim razem doszedł do III etapu, odpadając tuż przed finałem. Było oczywiste, że zechcą go posłuchać na żywo, skoro przyjeżdża do Filharmonii Częstochowskiej i ma w programie słynny koncert Chopina – jeden z dwóch granych przez finalistów Konkursu.
Równie zachęcająco wyglądała na plakacie informacja, że solista użyje fortepianu historycznego, a towarzyszyła mu będzie {oh!} Orkiestra Historyczna pod kierownictwem artystycznym skrzypaczki Martyny Pastuszki. Bo też Piotr Ryszard Pawlak jest laureatem Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych w Warszawie.

No i jest matematykiem, doktorantem na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Gdańskiego, z masą nagród na rozmaitych olimpiadach, także międzynarodowych. Z tym, że plakat o tym akurat szczególe nie wspominał. Zdradziła go widowni Róża Światczyńska z Programu II Polskiego Radia, prowadząca wieczór w Częstochowie.
Byłam na nim, a jakże, byłam… I takie mam teraz marzenie, wykiełkowane pod wpływem chwili oraz nastroju – że nasze miasto namawia jakimś cudem Piotra Pawlaka, by został w Częstochowie na stałe. A on zostaje. Po czym dwa, trzy razy w tygodniu schodzą się do filharmonii ludzie na koncerty dla spiętych. Piotr Pawlak siada przy swoich historycznych fortepianach i gra Chopina (cichutko, bo głośno się nie da), a stres spływa ze słuchaczy jak mydliny ze szkła. W ekstremalnych przypadkach reakcji pozytywnej na terapię ktoś, ukojony spokojem melodii, zapada w zdrowy sen.
Ja na koncert 7 listopada poszłam po ciężkim dniu. Ba, po tygodniu, jakiego wrogowi nie życzę. Łagodne plumkanie fortepianu Waltera zadziałało najpierw kołysankowo: zrobiło mi się błogo na duszy, wtuliłam się w krzesełko i zapadłam w coś na kształt muzycznej nirwany. Nie usnęłam, wszystko słyszałam, ale jak owinięta ciepłym, życzliwym kokonem dźwięków. Nie miało przy tym znaczenia, że wykonawcy grali między innymi rześkie divertimenta Mozarta (jak one działają na człowieka, najlepiej świadczy choreografia stworzona do nich w Nederland Dans Theater, co tutaj możecie zobaczyć: www.youtube.com/watch?v=TgWCRC63_e8).

Mozartowskie dzieła były trzy: Divertimento D-dur, KV 136 i F-dur, KV 138, a także Koncert fortepianowy A-dur nr 12, KV 414. Piotr Pawlak włączał się w ich wykonanie jako pianista oraz improwizator, dokładając do oryginału własne kadencje. Instrument – wspomnianego wyżej Waltera - miał jednak przedziwny. Przywiózł go ze sobą, nasza filharmonia nie musiała wyciągać z magazynu swojego dostojnego Steinwaya. Przy nim historyczne dziwo, z którego korzystał solista, prezentowało się jak zabawka. Niziutkie to, długie, szczuplutkie, na chudych nóżkach. Głosik też – w porównaniu ze współczesnymi, koncertowymi smokami – nie onieśmielał mocą. A jednak… Był miękki, aksamitnie matowy, łagodny, miejscami brzmiał jak harfa. I działał jak balsam. Wyblurował mi złe emocje po mistrzowsku, moje zmęczenie po trudach koszmarnego tygodnia topiło się niczym lód w słońcu. Kiedy zaś pianista zmienił Mozarta na Chopina i jego I koncert fortepianowy e-moll op. 11, przesiadając się do tego na historyczny fortepian Pleyela z jego jasnym głosem, to nawet głowa przestała mnie boleć. Słyszałam tę muzykę – melancholijną, rozmarzoną, pełną uniesień, którą sam kompozytor porównał do „dumania w piękny czas wiosny, ale przy księżycu” – tak, jak słyszał ją grając sam Chopin.

A przecież nie były to nawet oryginalne instrumenty, tylko ich współczesne kopie (pleyel też wyglądał wątło, choć nogi miał grubsze). Mimo to jednak muzyka nabrała dzięki nim subtelności i szlachetności na takim poziomie, jaki osiągała, gdy wykonywali ją jej autorzy.
Róża Światczyńska poinformowała słuchaczy, że konstruktor owych kopii znajduje się wśród nich na widowni. Co poniektórzy z miejsca zaczęli zezować na prawo i lewo, wyraźnie szukając kandydata na owego tajemniczego twórcę. Spojrzenia moich sąsiadów zogniskowały się rychło na panu w stroju nietypowo jak na Częstochowę ekstrawaganckim: szaroniebieski garnitur w duże, pomarańczowo-limonkowe nuty ósemki i – o ile dobrze zauważyłam – klucze wiolinowe. Ale że muzycy wyszli na scenę i światło przygasło, sąsiedzi zaprzestali śledztwa, bo jakże je tu prowadzić po ciemku.

Tak wieczór doszedł do chlubnego końca. Owszem, znaleźli się na widowni malkontenci, wybrzydzali, że słabo słychać. Musieli jednak pozostawać w mniejszości, skoro rozentuzjazmowana publiczność wyklaskała u solisty dwa bisy. Chopinowskie oczywiście.
Już na ulicy okazało się, że pan w limonkowe nuty raczej nie jest fortepianmistrzem. Stał sobie na przystanku autobusowym linii 11 w Alejach, jadł kanapkę z Żabki i wyglądał na tak zadomowionego, jak tylko częstochowianin być może w tym miejscu. No, chyba że jednak ktoś z naszych, unikając rozgłosu, buduje z palisandru repliki 200-letnich fortepianów.
Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska
