SZUKAJ
CO/GDZIE/KIEDY W CZĘSTOCHOWIE Portal kulturalny

Agnieszka Małasiewicz

Aksamitne jazzowe pszszszszsz Gileno Santany

27 czerwca 2026
Udostępnij

- Brawo! - zakrzyknęło jakieś dziecko z widowni, gdy orkiestra filharmonii wykonała tradycyjne bzzzruuuutuuufiiibrzdęk, dostrajając instrumenty przed rozpoczęciem koncertu. Publiczność parsknęła śmiechem i – rzecz jasna – zaklaskała gromko. Było oczywiste, że wszyscy są jak najlepiej nastawieni do tego, co ich czeka. A czekał ich solista wyjątkowy.

middle-Fa.jpg

Gileno Santana. Trębacz jazzowy. Wybitny. Jeden z najbardziej oryginalnych na świecie. Wykładał improwizację na Uniwersytecie Harvarda i w Juilliard School, teraz uczy m.in. w portugalskich uczelniach Escola de Jazz do Porto i Academia Breyner, a także w Akademii Muzycznej w Poznaniu, która regularnie zaprasza go do prowadzenia gościnnych wykładów i lekcji mistrzowskich. Z urodzenia Brazylijczyk.

To by wyjaśniało program wieczoru – bossa novy i samby. Pytanie, dlaczego u nas znakomity gość występował w terminie nietypowym, bo w czwartek, a do tego już po oficjalnym zakończeniu sezonu artystycznego Filharmonii Częstochowskiej. Wytłumaczył to dyrektor placówki i dyrygent Adam Klocek: koncert był wstępem do kolejnej edycji Festiwalu Jazzu Tradycyjnego „Hot Jazz Spring”, zaczynającego się w piątek, 19 czerwca.

Amant i szepcząca trąbka

Cóż, wyglądał raczej na studenta niż na profesora: młody, z figurą, opalony, brunet, uczesany jak amanci w brazylijskich telenowelach, czyli na żel i z przedziałkiem. Niósł dwie trąbki oraz saszetkę. Wszystko położył na ziemi, by przywitać się z dyrygentem, orkiestrą (tradycyjne uściski dłoni), no i z nami (śnieżnobiały uśmiech).

middle-F3.jpg

Potem zagrał pierwszą bossa novę. Oj… Oczywiście, spodziewaliśmy się czegoś super, ale usłyszeliśmy coś, co było zupełną niespodzianką. Trąbka Gileno Santany miała dziwne, szepczące brzmienie. Z jednej strony wyciągała nutę, z drugiej szemrała pszszszszsz. I to jednocześnie. A przy piątym bodaj kawałku muzyk udowodnił, że potrafi sam ze sobą grać na głosy: za jednym zamachem wydobył z instrumentu dwa dźwięki, jeden „normalny”, a drugi (jak by go opisać?) - inny. Nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszałam (no, wielu doświadczeń w branży dętej nie mam). Byłabym może nawet podejrzewała mistrza, że zwyczajnie mu się coś kiksnęło, gdyby nie mina Siergieja Wowkotruba z orkiestry, siedzącego ze skrzypcami tuż za solistą. Wyrażała podziw, uznanie i radość z tego, co się dzieje.

Potem trąbka zmieniła ton i z szeptu przeszła do dziarskiego śpiewu, a nawet krzyku. Żadnego „pszszsz”, krystalicznie czyste tony. I to w oszałamiającym tempie, bo nie da się inaczej przy słynnym „Tico-Tico” Zequinhy de Abreu.

Merci, mistrzu

middle-F4.jpg

Słuchałam, tupałam do rytmu, ale rozkminiałam w głowie inną sprawę: Na czym on gra?. Bo nie trąbka to była. Po pierwsze - większa, po drugie – dziwnie wygięta. Do tego jakaś taka zeszmelcowana, bez połysku (ta druga zresztą podobnie). Wyglądała, jakby po niej przejechał samochód i dlatego ostatnie 150 lat spędziła na zakurzonym strychu. Sekcja dęta naszej orkiestry błyszczała przy niej niczym złota zawartość Sezamu.

- Może dlatego wydaje takie dziwne dźwięki, że stara? - myślałam sobie. I nie tylko ja. - Wygląda to jak nieślubne dziecko trąbki i jakiegoś rogu – mruknęła do sąsiadki z miejsca obok pani w czerwonej sukience.

No właśnie, słuchacze. Na początku zaskoczeni, potem coraz bardziej zachwyceni. Sądząc z poruszeń na fotelach, muzyka uziemiała się im gdzieś na wysokości kręgosłupa lędźwiowego, promieniując do kończyn i wprawiając szyje w ruch wahadłowy. Reakcje na kolejne utwory startowały od oklasków, by z czasem osiągnąć pułap owacji, pohukiwań i wstawania z miejsc. Wyprosili w ten sposób dwa bisy (do jednego użyta została ta druga trąbka, do tej pory czekająca bezczynnie na podłodze). A solista dostał nie tylko wielką różową hortensję na długiej łodydze, wyraz uznania od częstochowskich filharmoników.

middle-F5.jpg

Gdy brawa huczały w najlepsze, na scenę wstąpiła po schodkach z widowni trójka nastolatków z dodatkowym bukietem. Po pierwszym bisie w jej ślady poszedł nieco młodszy chłopiec, nieśmiało wręczając Santanie pudełko czekoladek Merci. Roześmiany trębacz uściskał go mocno, przy wtórze wiwatów publiczności. Na koniec z przyniesionej na początku saszetki wyciągnął kartkę, a może telefon, ułożył na pulpicie do nut i zerkając na to coś przeczytał po polsku: Dobry wieczór. Było mi bardzo miło was wi...dywać. (Widownia szaleje.) Resztę przemowy odbył po angielsku, dziękując za serdeczne przyjęcie. (Kolejne gromkie brawa.)

Królowa zabójców, czyli tajemniczy szmelc

To był szalenie udany wieczór. Jedno mi tylko nie dawało spokoju – ten tajemniczy instrument Gileno Santany. Byłabym może pozostała w niewiedzy, gdyby nie świadomość, że jest na sali i słucha koncertu pierwszy trębacz Częstochowy, Tadeusz Orgielewski.

Spotkaliśmy się wchodząc do filharmonii, utknąwszy w wersalskim tłoczku przy drzwiach. Teraz wystarczyło tylko czyhać cierpliwie w foyer.

middle-F6.jpg

- Mistrzu, na czym on grał?

- Flugelhorn! Aaaa, piękne brzmienie. Cudowny instrument…

Już w domu. Laptop. Google informuje: Flugelhorny oferują ciepły, łagodny i »gęsty« dźwięk, który jest bardziej aksamitny niż w przypadku tradycyjnej trąbki.

No dobrze, wiemy zatem, co to było. Ale dlaczego takie wyszmelcowane?

Drążmy dalej. Wystarczy zdjęcie z koncertu i pytanie w wyszukiwarce: Jaki to instrument? Podaj nazwę modelu. Pierwsza odzywa się sztuczna inteligencja: Flugelhorn, znany również jako skrzydłówka. Konkretny model widoczny w rękach muzyka to prawdopodobnie CarolBrass »Legend« CFL-7200-GSS.

A nieprawda, pudło. Dalsze wyświetlone strony przynoszą inną wiedzę. Oto Gileno Santana jest oficjalnym artystycznym ambasadorem marki Schagerl Meisterinstrumente i to dzieł tej austriackiej manufaktury używa najczęściej. Szczególnie kojarzony jest z innowacyjnymi konstrukcjami. Do takich należy ustnik typu Apredato, specjalnie sygnowany dla tego właśnie muzyka, zaprojektowany tak, by dawał głębokie, ciepłe brzmienie, jednocześnie pozwalając na lekkość gry.

middle-F7.jpg

Wejdźmy zatem na schagerl.com. Jest ustnik. I opis, że model Apredato składa się z konwencjonalnego ustnika, z którego usunięto większość masy zewnętrznej. Jego charakterystyczna obudowa jest wypełniona wodą.

Ho, ho… A flugelhorn? Ze zdjęć sądząc, Santana trąbił u nas w ceniony model Killerqueen (w amatorskim tłumaczeniu na polski – Królowa Zabójców). Schagerl ma go w kilku wersjach stylizacyjnych: złocony, srebrzony, vintage… Ten ostatni wygląda na kompletnie zardzewiały i w plamach. A ten „nasz” to model „lakierowany porysowany”. Cena – 5 620 euro, czyli 23 941 złotych i 20 groszy. Można go sobie na tej samej stronie kupić, gdyby ktoś chciał.

No i tak, po nitce do kłębka udało się rozwikłać zagadkę. Podobnie jak kilka innych, które zadawali sobie melomani wychodząc z koncertu:

Tak młodo wygląda. Ile on ma lat? Proszę bardzo – 39.

Ciekawe czy on i Carlos Santana to jacyś krewni? Nie.

Można kupić gdzieś jego płyty? Raczej nie, chyba że się trafi na Allegro. Ale można ich słuchać na Spotify.

middle-726231065_3929423327352586_9010887394034631651_n.jpgMiał krawat Vistuli?

Ale, ale... Wiecie, czego się przy okazji, wcale nie pytając, dowiedziałam o gwieździe tego pamiętnego wieczoru? W życiu byście się nie domyślili.

Byłam akurat na etapie ustalania, co to za skrzydłówka i czemu tak staro wygląda. Jak już wspomniałam wcześniej, wrzuciłam do wyszukiwarki zdjęcie solisty: cała postać z instrumentem w garści. Jeszcze nie zdążyłam napisać Jaki to instrument?, gdy wtrąciła się AI: Przedstawiony na zdjęciu ubiór to nowoczesny garnitur o dopasowanym kroju (slim fit) wykonany z wysokiej jakości wełny. Ten konkretny odcień niebieskiego oraz krój są popularnym wyborem na okazje o charakterze smart casual lub mniej formalne uroczystości, jak np. koncerty czy śluby. Dostępne informacje nie pozwalają na jednoznaczne zidentyfikowanie projektanta.

Fiuuu… Kto by się spodziewał takich szczegółów? No, skoro taka mądra – zaświtała mi śmiała myśl - niech powie ta cała sztuczna inteligencja, co trębacz miał za buty. Bo miał dziwne, jakby z surowej skóry, na grubej podeszwie. Teoretycznie nie pasowały do trzyczęściowego garnituru (panowie z orkiestry włożyli na przykład stosowne lakierki).

middle-727757553_1021168750423540_6455572930022894643_n.jpgWykadrowałam zatem nogi mistrza. AI nie myślała długo: Loafersy (mokasyny) z frędzlami od Freda Perry’ego, ze względu na grubą podeszwę znane również jako chunky loafers. Ta charakterystyczna masywna, gumowa podeszwa typu track albo lug sole zapewnia nowoczesny wygląd. Model wykonany ze skóry licowej w odcieniu koniakowym.

Oczywiście, że sprawdziłam. Na stronie fredperry.com nie było takich butów. Znaczy identycznych, bo podobne to i owszem. Może to po prostu jakaś starsza kolekcja? Szukajmy dalej. Proszę, są - na clothbase.com. Wiecie, po czym sztuczny inteligent z mojego laptopa je poznał? Po malutkim wieńcu laurowym, kultowym logo marki, umocowanym na podbiciu każdego z pantofli.

Szkoda swoją drogą – pomyślałam z rozpędu - że Agnieszka Małasiewicz, autorka serwisów zdjęciowych z imprez w filharmonii nie zrobiła mistrzowi zbliżenia od pasa w górę. Ustaliłoby się, od kogo miał krawat i spinkę do niego.

middle-727928154_1424140286141228_4077245405981399296_n.jpg

A może jednak? Na trzech fotografiach ujawnia się trochę krawata. Kadrujemy. Wrzucamy do Google’a. Co AI ma do powiedzenia? Yyyyy, o jejusiu: Na podstawie wizualnych dopasowań, ten jedwabny krawat pochodzi z kolekcji polskiej marki Vistula.

Następne minuty oczywiście marnuję na buszowaniu w internetowym salonie firmy. Nie ma. Wrzucam do wyszukiwarki kadry z pozostałych dwóch zdjęć. Teraz sztuczny inteligent twierdzi, że to Versace, Gucci, Tom Ford, Dolce&Gabbana... Eee tam, zawracanie głowy.

Fot. Agnieszka Małasiewicz/Filharmonia Częstochowska

Joanna Skiba - czytaj więcej