Aktualności

8 listopada 2017
NOWY W ZESPOLE
[zdjęcie aktualności]

Do niedawna pojawiał się w Częstochowie gościnnie: gra Horacego w „Hamlecie” Andree Hubnera Ochodlo. Akompaniował także podczas teatralnych koncertów grając na harmonijce ustnej, ostatnio podczas wieczoru poetyckiego poświęconego Agnieszce Osieckiej. Od tego sezonu będzie go jednak zdecydowanie więcej. Poznajcie nowego aktora Teatru im. A. Mickiewicza - Adama Machalicę.

Magda Fijołek: Minęły dwa miesiące Pana pracy w Częstochowie. Jak się Pan tu odnajduje?

Adam Machalica: Coraz lepiej. Bardzo się cieszę, że dyrektor Dorosławski obdarzył mnie zaufaniem i zaproponował wejście do stałego zespołu Teatru im. Adama Mickiewicza. Tym bardziej, że Częstochowa spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, czyli od czasu pracy nad premierą Hamleta w 2014 r. To miasto dało mi wówczas sporo oddechu po życiu studenckim w Warszawie. Za każdym razem kiedy tu przyjeżdżałem, mogłem się zatrzymać, znaleźć czas dla siebie. Teraz to się zmienia, Częstochowa będzie zajmowała coraz więcej miejsca w moim życiu. Będzie drugim ważnym miastem, zaraz po rodzinnym Poznaniu.

Ma Pan już tutaj swoje ulubione miejsca?

Bardzo lubię spacery. Uwielbiam ten sposób spędzania wolnego czas. Lubię się wałęsać, zaglądać w różne miejsca, kontemplować. Teraz te spacery nabrały innego sensu - łączę je z poznawaniem miasta. Zaczynam też mieć tutaj swoje ulubione ścieżki i rytuały. Lubię zjeść śniadanie w III Alei, a potem przejść nią do pracy.

Czyli jeśli spotkamy Pana na jakiejś ulicy, w odległej od teatru części miasta, nie musimy się martwić, że Pan się zgubił?

Absolutnie, po prostu będzie to mój czas dla siebie.

Stopklatka”, listopadowa premiera Teatru im.A. Mickiewicza, to drugie przedstawienie, w którym będziemy Pana oglądać w Częstochowie. Rola-wyzwanie, gdyż spektakl ten to właściwie monodram, który zawsze jest testem umiejętności aktora.

To prawda, nieco mnie ta sytuacja stresuje, bo będzie to moja pierwsza główna rola na tej scenie i od razu monodram. To trochę taki skok na głęboką wodę. Podoba mi się jednak tekst, nad którym pracujemy. Z biegiem prób nabiera coraz bardziej realnych kształtów i choć pozostaje wyzwaniem, to mnie nie przerasta. Dobrze się z tą rolą czuję.

A głównego bohatera Pan lubi?

Ja go bardzo lubię. W pewnym sensie jest bardzo podobny do mnie. Ma swój świat, ale nie zamyka się w nim, raczej zaprasza do niego innych. Najbardziej jednak lubię jego poczucie humoru.

Spektakl skierowany jest przede wszystkim do młodego widza, jest też Pan jednym z najmłodszych aktorów w częstochowskim teatrze. Inaczej było w Szkole Teatralnej, tam był Pan wręcz seniorem...

Rzeczywiście, na studiowanie aktorstwa zdecydowałem się dopiero w wieku 26 lat. Chociaż pewnego rodzaju presja, wynikająca z moich korzeni, pojawiała się już wcześniej. Nie była to jednak presja ze strony rodziny. Ani mama, ani tata - który jest aktorem Teatru Nowego w Poznaniu - nie namawiali mnie do tego. Raczej dawali przestrzeń na odnalezienie własnej drogi. Studiowałem socjologię i jednocześnie zahaczyłem się do offowego teatru Korporacja Teatralna w Poznaniu. Sprawiało mi to frajdę, ale nie było najważniejsze.

Co zatem było najważniejsze?

W tamtym czasie najważniejsza była muzyka.

 

A nazwisko aktorskiego rodu potrafi ciążyć?

Kiedyś tak, teraz już nie. Najtrudniej było, kiedy dziadek grał w serialu „Złotopolscy”, wtedy byłem od razu stygmatyzowany. W związku z tym, wielu rzeczy nie mogłem robić. Co najzabawniejsze, nazwisko nigdy nie pomagało mi w życiu teatralnym, a w Szkole Teatralnej wręcz utrudniało. Były oczekiwania, żebym grał jak Henryk Machalica, a ja nie chcę nikogo naśladować. Chcę aktorsko być sobą. Nauczyłem się jednak nie brać swojego nazwiska na plecy, tylko na klatę.

Wróćmy do muzyki, bo jesteś aktorem z pasją - grasz na harmonijce ustnej od wielu lat.

Co więcej, kiedyś była ona prawie całym moim światem. Szczególnie w wydaniu bluesowym. Teraz traktuję grę na harmonijce bardziej hobbistycznie. Chciałbym to jednak odświeżyć. Może uda mi się pochodzić w Częstochowie na jam session. Tym bardziej, że poznałem już kilku tutejszych muzyków.