Aktualności

5 września 2017
Przypadek? Nie sądzę...
[zdjęcie aktualności]

Twierdzi, że w życiu nie ma przypadków. Szuka wartości we wszystkim, co robi, nawet w rolach
negatywnych bohaterów czy słabych filmach. Na mapie jego życia, obok Piotrkowa Trybunalskiego,
Bełchatowa, Dobryszyc, Wrocławia, Legnicy i Warszawy, jest też Częstochowa. Tutaj studiował.
Przemysław Bluszcz, aktor znany z wielu ról filmowych i teatralnych, bo o nim mowa, był gościem
tegorocznej edycji „Aleje-tu się dzieje”.

Magda Fijołek: Kiedy prześledzi się Twój życiorys, zaskakuje ilość miast i miejscowości, z którymi na dłużej lub krócej byłeś związany.


Przemysław Bluszcz: Zgadzam się z opinią, że aktorstwo to zawód wędrowny. Kieruję się zasadą, że jeśli coś w mojej pracy się kończy, przestaje ona być inspirująca, to nie ma sensu siedzieć w tym samym miejscu. Miałem to szczęście w życiu, że zmiany zdarzały się u mnie w sposób naturalny.

Aktorem zostałeś świadomie?

Zostałem nim trochę przypadkiem, ale też trochę mnie ciągnęło do tego zajęcia. O świadomej decyzji można mówić od momentu, kiedy na czwartym roku studiów, wyszedłem na scenę teatru w Legnicy i nagle dotarło do mnie, że scena to jest to miejsce, na którym lubię być i co ważniejsze, lubię być na niej w relacji z ludźmi. Budujemy na niej coś, co przenosi się na drugą stronę, a i z widowni płyną emocje w naszym kierunku. To jest ten rodzaj dialogu, który mnie porusza i wzrusza. Szczerze się przyznam,
że najmniej lubię w teatrze oklaski, wydają mi się niepotrzebne. Przepływ emocji jest ważny.

Czyli przypadek przypadkiem nie jest?

Jakby na to spojrzeć przez Kieślowskiego... Z każdym dniem myślę inaczej o życiu.

A Częstochowa to przypadek?

Nie, ja chciałem iść na filologię polską. Uwielbiałem literaturę, bardzo mnie inspirowała. Na polonistykę najbliżej było tutaj, ale potem się okazało, że trzeba się uczyć łaciny i studiowanie się skończyło... Z tego
czasu częstochowskiego jednak trochę we mnie zostało. Mieliśmy wykłady z prof. Andrzejem Bańkowskim, usłyszałem na jednym z nich coś, co mną wstrząsnęło. Była to informacja o tym, że słowo „dive” pochodzi ze starosłowiańskiego i oznacza bóstwo, boga - zatem słowo zdziwić się oznacza mniej więcej tyle, co zobaczyć boga. Pomyślałem sobie wtedy, że ten stan zdziwienia, to jest coś, co mnie najbardziej w życiu interesuje po prostu. Myślę też, że dzięki mojej pracy od czasu do czasu kogoś zadziwiam i to jest dla mnie bezcenne.


Skoro Częstochowa była Twoim świadomym wyborem, czy to oznacza, że żałujesz, że byłeś na studiach polonistycznych tutaj tak krótko?

To jest ciekawy wątek. Od kilku lat na reżyserię można zdawać zaraz po liceum - ja jestem przeciwnikiem tego podejścia. Uważam, że w zawodach artystycznych im więcej zdarzy Ci się po drodze, tym bardziej
masz z czego czerpać. Ja do szkoły teatralnej trafiłem pięć czy sześć lat po liceum. Uważam, że ten czas pomiędzy był cudowny. Cieszę się, że tu w Częstochowie mieszkałem w 1989 roku. Bo mogłem zobaczyć
w przejściu podziemnym napis: „Ludzie, k...a, Was wcale nie ma”.


Był inspirujący?

Tak. Przyznaję, że spotkanie z prof. Bańkowskim oraz przeczytanie tego napisu coś we mnie zmieniło.

A teraz, kiedy przyjeżdżasz do Częstochowy, to ogarnia Cię wzruszenie?

Tak, bo ja z Częstochowy mam tylko dobre wspomnienia. Wjeżdżam do tego miasta i rozglądam się wokół szukając znajomych osób na ulicach, z czułością patrzę na budynki. Ale też, kiedy słyszę o Częstochowie,
będąc w Warszawie, robi mi się ciepło w sercu. Ostatnio zrobiła na mnie wrażenie informacja, że to miasto jako pierwsze wprowadziło dofinansowanie do in vitro.

Nie wyszło na studiach w Częstochowie, co było dalej?

Uciekałem przed wojskiem. Byłem w Kaliszu przez dwa lata, potem na Uniwersytecie Ludowym k. Opola, a potem pojechałem z kolegami na egzamin na wydział lalkarski do Wrocławia. Nie planowałem
tego w sposób świadomy, po prostu płynąłem z nurtem. Później wszystko toczyło się samo. Na czwartym roku dostałem zaproszenie do teatru w Legnicy, bo tam budował się nowy zespół. Jacek Głomb, który
był tam dyrektorem, wymyślił sobie, że teatrem chce zmieniać świat i wokół tej idei tworzył zespół teatralny. Bardzo to było idealistyczne i bardzo trudne, ale jednak nam się to udało. Z kolei po 11 latach pracy w tym zespole, pojawiła się Warszawa. Sukcesu w tym zawodzie niestety nie osiągnie
się siedząc w Legnicy. Naturalnym centrum jest stolica: tu jest teatr, radio, film, telewizja, dubbing. Osobną sprawą jest to, że to jest bardzo ciężki rynek, hermetyczny, poblokowany. Ja miałem dużo
szczęścia, bo Iza Cywińska zaprosiła mnie do zespołu, kiedy obejmowała dyrekturę Teatru Ateneum. I tu, w Ateneum, mam fantastycznych kolegów: Agatę Kuleszę, Tomka Schuchardta, Marcina Dorocińskiego,
Artura Barcisia.


Który również trochę z Częstochową jest związany...

Właśnie. Kiedyś wracałem z Częstochowy stopem, stałem przy gierkówce, byłem wtedy po „Dekalogu” Kieślowskiego. Zatrzymuje się auto, w samochodzie Barciś, podrzucił mnie do krzyżówki na Kamieńsk. To było metafizyczne, szczególnie poprzez jego rolę w „Dekalogu”... Przypadek? Nie sądzę...

Czyli do Warszawy popchnęła Cię chęć rozwoju?

Tak. Po „Balladzie o Zakaczawiu” zacząłem dostawać różne propozycje ról, najczęściej bandytów, więźniów, gestapowców. Widać jakoś tak się kojarzę.

Dobrze się w nich czujesz?

Przyznaję, że lubię grać złych, stanowią wyzwanie. W związku z tymi rolami zdarzają mi się też zabawne sytuacje. Kiedy grałem w serialu „M jak miłość” wszedłem do jakiegoś banku, a Pani, która w nim obsługiwała aż krzyknęła na mój widok. Po chwili zaczęła tłumaczyć: „Ja przepraszam, ale widziałam wczoraj ten odcinek, kiedy pan porwał Annę...”. To jest niesamowite, jak role oddziałują na publiczność. Kiedy grałem w „Czasie honoru”, wsiadłem do taksówki, kierowca zerka kilka razy we wsteczne
lusterko, po czym cedzi przez zęby: „Jak ja pana nienawidzę! Ja bym pana zatłukł”. „Bardzo mi miło” – odpowiedziałem. Takie kontakty są przezabawne.


A co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?

Najważniejsze w życiu jest być dla drugiego człowieka, być z nim w relacji, otworzyć się na niego. Dać mu coś czego potrzebuje, w prawdzie i szacunku.

Europejski dzień języków 2017