Aktualności

12 marca 2018
Silne kobiety są drogowskazami
[zdjęcie aktualności]
Justyna Warwas jest malarką i fotografką. Swoje artystyczne poszukiwania rozpoczynała w częstochowskim Liceum Sztuk Plastycznych im. J. Malczewskiego, a potem kontynuowała je w Akademii im. J. Długosza. Równocześnie podjęła studia z zakresu fotografii w Akademii Fotografii w Warszawie. Na swoim koncie ma liczne wystawy oraz publikacje fotograficzne i ilustracyjne w prasie polskiej i zagranicznej. Rozmawiamy z nią o sztuce, podróżach i kobiecości.
 
Adam Florczyk: Chciałbym porozmawiać z Tobą o kobietach, oczywiście w kontekście sztuki. Temat jest nieprzypadkowy, bo patrząc na Twoje prace, zarówno fotografie, jak i malarstwo, mam wrażenie, że kobiecość jest dla Ciebie kluczowym tematem w sztuce. Czujesz się specjalistką od łapania kobiecości w obiektyw i opowiadaniu o niej na płótnie?
 
Justyna Warwas: Zrobiłam kilka cykli o kobiecości, jednak nie o nią samą w nich chodziło. Ważne  było dla mnie również to, co wokół - budowanie relacji, problemy, które się pojawiają. Wszystko, co nas kształtuje, zmienia i robi lepszymi bądź gorszymi. Wydaje mi się to ważnymi tematami w kontekście kobiecości - nie tylko rozmowy o uprzedmiotowieniu w dzisiejszych realiach, czy trudzie bycia niezrozumianym w męskim świecie. Lubię silne kobiety, które są drogowskazem dla innych. Dlatego cieszy mnie fakt, że coraz więcej wartościowych projektów realizowanych jest właśnie przez mocne kobiety, które w ten sposób stają się wzorem. Kobieta jest siłą! Oczywiście nie stoi za tym żadna anty-męska ideologia. Od kilku lat pracuję z mężczyznami i świetnie się dogadujemy, przyjaźnimy się... Są częścią tego, co mnie ukształtowało. Wszystko jest wiec kwestią tego, na kogo trafiamy w życiu. Kim się otaczamy.
 
Myślisz, że łatwiej Ci na sesjach fotograficznych współpracować z modelkami, bo jesteś kobietą? Czy dzięki temu łatwiej nawiązać nić porozumienia, łatwiej Ci zdobyć zaufanie?
 
Nie chcę na siłę wzbudzać zaufania... Albo ono się pojawia na sesji albo nie. To zależy od tego, czy nadajemy na tych samych falach, czy raczej znajdujemy się na dwóch różnych biegunach. Nic na siłę. Czasami jest tak, że nie udaje mi się pokazać historii, którą miałam w głowie na początku, ponieważ tej nici porozumienia nie ma lub jest zbyt cienka. Wtedy pojawia się inna historia, którą ja zaczynam również podążać, wplatając swoje interpretacje. Dzięki temu to jest szczere i porusza. Zawsze staram się pamiętać, że historia to nie tylko ja, moje przeżycia i mój ogląd świata. W procesie tworzenia takiej historii współdziała sporo osób - i to jest piękne. Inaczej jest z malarstwem. Tam stoję twarzą w twarz z płótnem lub kartką papieru i nie ma już kompromisów. Pozostaje czysta walka (śmiech).
 
Lubisz snuć opowieści poprzez sztukę? Ja, oglądając Twoje zdjęcia, często mam wrażenie, że są one kadrami wyrwanymi z jakiejś większej fabuły, narracji. I wyobraźnia zaczyna mi  sama pracować, dopowiadać…
 
 Historia jest ważna, bo każda niesie ze sobą emocje. A ja żyję emocjami!
 
Jak właściwie funkcjonują te Twoje dwa artystyczne światy: fotografia i malarstwo? Co jest dziś ważniejsze?
 
Obecnie więcej maluję, co nie znaczy, że fotografii nie kocham. Po prostu spadła o jedną pozycję niżej, ale drugie miejsce to wciąż podium (śmiech). Dalej czuję fotografię i wciąż nią żyję. Nadal inspirują mnie emocje wypisane na twarzach, zarówno te zamknięte w siatce zmarszczek, jak i te wypisane na idealnych twarzach młodych dziewczyn.
 
Regularnie zdarzało Ci się współpracować ze światem mody. To biznes, z jednej strony często oskarżany o utowarowienie kobiecego ciała, z drugiej zaś słychać głosy, że współczesne, wyzwolone kobiety mają prawo po prostu czuć się piękne. Jak Ty na to patrzysz?
 
Pracując kilka lat z modelkami, słyszałam różne historie. Czasami dobre, czasami złe. Nigdy nie wiesz, na kogo trafisz w życiu i jaka sytuacja się zadzieje. Nie chcę generalizować. Są ludzie, którzy dodają energii i inspirują i tacy, którzy za wszelką cenę tę energię próbują z ciebie wyssać, nie dając nic w zamian. Jeśli chodzi o mnie, to świat mody i ludzie, których udało mi się tam poznać w 98% mnie inspirowali. Ale nie jestem ekspertem. Na to pytanie powinien odpowiedzieć taki Lindbergh na przykład (śmiech). Ja mam szczęście. Zawsze to sobie powtarzam. Mam grono ludzi, z różnych środowisk, którzy dają mi moc. To mi pomaga przetrwać te gorsze momenty, których też nie brakuje. Podróże nauczyły mnie tolerancji i umiejętności spojrzenia na problem z wielu stron. To daje pokorę i uczy, jak akceptować także samych siebie, z własnymi słabościami i mocnymi stronami. Nie zawsze muszę być superwoman, czasami mogę popłakać w samotności.
 
Jesteś również pedagogiem na Wydziale Sztuki Akademii im. Jana Długosza. Obserwując młodych twórców na początku ich ścieżki i później śledząc ich postępy, wydaje Ci się, że istnieje w ogóle coś takiego jak sztuka męska i kobieca? 
 
Nie lubię dzielić sztuki na damską i męską. Ona jest jedna, różne są tylko tematy. Jestem kobietą ,wiec często wracam do pytań o kobiecość i o to, czy nadal żyjemy w świecie rządzonym przez mężczyzn. Nie należę jednak do osób, które tworzą sztukę „zaangażowaną”, mocno przypiętą do polityki. Wiem, że są inni, lepsi w tym, którzy naturalnie odnajdują się w takich tematach. Zawsze powtarzam, że każdy powinien robić to, co czuje, a nie podążać ślepo za artystyczną modą. Ale chciałam też wyraźnie zaznaczyć, że dziś wszyscy powinniśmy stanąć w obronie kobiet, nie tylko feministki. To, co się obecnie dzieje w sprawie kobiet, zagraża nie tylko im, ale całemu społeczeństwu.
 
Masz swój kanon ulubionych artystek? Co Cię inspiruje?  
 
Ulubionych artystek mam wiele, artystów również. Odnajduję inspiracje nawet w rzeczach codziennych, które jeśli spojrzeć na nie z innej perspektywy, przestają być zwyczajne. Próbuję czerpać ze wszystkiego, chociażby z filmów - ich atmosfery, światła, ładunku emocji. Nadal kocham też magię ukrytą w książkach i muzyce. Kilka miesięcy temu jeden z moich znajomych przytoczył mi pewną chińską frazę: „dorosłość polega na tym, że potrafimy zachować w sobie duszę dziecka”. Kultywuję tę myśl w sobie na zmianę z byciem silną i odważną kobietą. Przynajmniej się staram...
 
Ostatnio Twoje prace można zobaczyć na wystawach w Azji. Brzmi to nieco egzotycznie, możesz o tym opowiedzieć?
 
Ostatni rok był rzeczywiście pasmem ciągłych podróży. Azja mnie wciągnęła - kolory, atmosfera, mentalność... Zafascynowało mnie wszystko, więc całą sobą chłonę z tego jak najwięcej. Wiem, że to zaowocuje nowymi kierunkami w mojej twórczości. Na razie jednak jestem w fazie przetwarzania bodźców i mam przed sobą kolejne podróże. Powstała już nowa seria rysunków i wiele szkiców, ale pewnie inspiracje zaowocują dopiero po czasie. Bez-
sprzecznie jednak nowe nadchodzi. Kształtuje się już w mojej głowie.
 
To jakie masz plany na najbliższą artystyczną przyszłość?      
 
Planów jest wiele... W kwietniu w Częstochowie zawitamy z Art Festiwalem, w którym udział weźmie ponad stu artystów z całego świata. Planujemy wystawy w kilku galeriach i  koncerty. Będzie się artystycznie działo w mieście. Mam przyjemność organizować, w ramach tego przedsięwzięcia, wystawę „Lipstick on the glass”, złożoną z prac artystek z całego świata. Także na ten rok przypada dziesiąta, jubileuszowa edycja Międzynarodowego Biennale Miniatury, którego jestem od kilku lat komisarzem. Pomiędzy tymi wydarzeniami czeka mnie kilka międzynarodowych sympozjów, zagranicznych wyjazdów oraz jedna ważna indywidualna wystawa. Dodatkowo przede mną kilka istotnych decyzji do podjęcia.  Na nudę więc nie narzekam, jest co robić zarówno w Częstochowie, jak i daleko poza nią.
 
Życzę Ci żeby to się nigdy nie zmieniło i bardzo dziękuje za rozmowę.