Aktualności

12 stycznia 2018
OKŁADKA TO NIE JEST ŚWIECĄCY BILLBOARD
[zdjęcie aktualności]

Adam Florczyk: Twoja droga do projektowania nie była prosta i oczywista. Studia w tym kierunku, z tego co się orientuję, były Twoim drugim wyborem. Jak to się właściwie stało, że zostałeś projektantem?

Łukasz Piskorek: Lubię sobie powtarzać, że to dzięki kulturze hip-hop. Wtedy pięknie wpasowuję się w slogan z koszulki którą dostałem od Czarka Łopacińskiego: „Graffiti saved my life”. Jest to po części prawda - pierwsze interpretacje liter, analiza kształtu, kompozycje barwne, szukanie własnego stylu czy choćby eskapady do innych miast, które były czymś w rodzaju wizyty w galerii sztuki. Te pierwsze doświadczenia ze świadomym obserwowaniem i rozkładaniem na części składowe tego, co widzę na ścianie, stały się zaczynem do zainteresowania sztukami wizualnymi.

Później były pierwsze studia, politologiczne, choć bardziej zależało mi na specjalizacji, którą wybrałem, czyli dziennikarstwo i public relations. Świetny czas, który jeszcze bardziej pchnął mnie w stronę projektowania graficznego i muszę przyznać, że wiedza z tych dziedzin bardzo się przydaje w codziennej pracy z interpretacją tekstów, ich syntezą, skracaniem treści do pierwszej strony okładki.

Jeśli większą radość sprawiało mi tworzenie oprawy wizualnej konferencji niż samo jej organizowanie, a w kole naukowym najważniejsze było dla mnie utrzymanie spójności wizerunku graficznego, itp. to wybór ścieżki kariery stał się oczywisty. Gdy większość kolegów i koleżanek ze studiów pracowała już w telewizjach, gazetach i rozgłośniach radiowych, ja poszedłem na kolejne studia. Te ostateczne, magisterskie, artystyczne, projektowe.

Projektowanie okładek to bardziej zajęcie dla artysty, czy rzemieślnika?

To zajęcie dla kogoś kto będzie pamiętał, że okładka nie jest bytem indywidualnym, ma zainteresować kupującego i sprzedać produkt jakim jest książka. Zadaniem osoby projektującej jest przede wszystkim interpretacja treści na język wizualny. Wprowadzenie w atmosferę książki, a nie egoistyczna chęć przekazania własnej emocji. Okładka jest wartością dodaną do książki i podobnie jak plakat jest nośnikiem informacji, a nie dziełem artystycznym samym w sobie. Może być, rzecz jasna, bardzo dobra, interesująca plastycznie i fajnie wyglądać na ścianie w galerii sztuki - jednak bez treści książki nie powstałaby okładka, nie byłoby czego interpretować, nad czym pracować. Jest to więc, według mnie działanie na styku artyzmu i rzemiosła.

Jak przebiega taki proces tworzenia okładki? Pewnie zaczynasz od lektury. Masz zawsze czas, by spokojnie przeczytać dzieło, do którego towarzysz okładkę, czy to raczej praca pod presją czasu?

Nie zawsze otrzymuję tekst całej książki, czasem dostajemy fragmenty, streszczenie, wstęp, posłowie. Czytam więc co mam. Oczywiście jeśli jest to na przykład zbiór polemik Boya-Żeleńskego, zebrany na ponad pięciuset stronach to nie jestem w stanie w krótkim czasie zaznajomić się z całością, ale też nie we wszystkich przypadkach jest to konieczne. Teksty czyta się trochę inaczej, niż w normalnych warunkach, szukasz zaczepienia, próbujesz wczuć się w atmosferę panującą w książce. Zupełnie inaczej analizujesz treść, jesteś w trybie czuwania, wyłapywania impulsu. Jak już złapiesz, to zaczynasz projektować. Presja czasu jest zawsze, jeśli nawet nie narzucona przez wydawcę to przecież trzeba pamiętać o tym, że nasza pracownia nie zajmuje się tylko projektami związanymi z rynkiem wydawniczym. Wyznaczanie sobie ram czasowych jest dobre dla projektu, to motywuje i przyśpiesza proces kreacji.

Która okładka, nad którą pracowałeś, okazała się największym wyzwaniem?

Chyba każda jest na swój sposób wyzwaniem, to za każdym razem kompletnie inna treść, i potencjalny odbiorca, który na tę okładkę czeka. Choć projekty światowych klasyków - jak na przykład „Dżuma” Alberta Camus - to z jednej strony olbrzymie wyróżnienie, a z drugie spora presja wewnętrzna, by nie powielić jakiegoś rozwiązania, nie przejść do banału, spróbować znaleźć coś więcej niż udało się do tej pory, zainteresować na nowo. To dodatkowe aspekty których nie ma przy debiutach.

Podczas projektowania współpracujesz tylko z wydawcą, czy również z autorem książki? I czy mają oni jakiś wpływ na Twoja pracę, uprawiasz twórczy dialog tutaj, czy tylko podsyłasz gotowe projekty do akceptacji?

Kilka razy pojawiły się sugestie co mogłoby się znajdować na okładce jednak to rzadkość. Zazwyczaj wydawnictwa oraz autorzy mają do naszego studia zaufanie i jedyne zmiany, jeśli już się pojawią, to zmiany kolorów bądź powiększenie logo. Czasem sami decydujemy się na pokazanie kilku propozycji, nie ma tutaj reguły. Zdarzają się też spore wymiany korespondencji i rezygnacja ze współpracy. To jednak nie jest kupowanie płaszcza na jeden sezon, to skóra, musi dobrze leżeć.

Na początku lat 90. ubiegłego wieku, okładki książek sprowadzono do jednej roli - miały przykuwać wzrok i sprzedawać konkretne tytuły. W związku z czym, wielu wydawców uznało, że chodzi o to, by okładka była jak najbardziej krzykliwa i nachalna. Myślisz, że można to zmienić i przekonać ich, że dobre projektowanie skuteczniej zachęca do zakupów?

To już się dzieje. Świadomi i mądrzy wydawcy wiedzą, że przy takim natłoku komunikatów graficznych, które docierają do człowieka każdego dnia, działanie nachalne i wulgarne wizualnie wpływa niekorzystnie na odbiór dzieła. Książka to specyficzny produkt, czytanie jest czynnością bardzo intymną, nie powinna być jak świecący billboard - nikt nie chce z takim pójść do łóżka a do tramwaju się nie zmieści. Okładka jest zanętą, nie siecią rybacką.

Twoje prace często wyróżniane są w różnych rankingach „najlepsze okładki roku”. A czy sam masz jakąś, którą lubisz najbardziej?

Mam kilka ulubionych, ale to głównie z uwagi na związany z nimi sentyment, jak na przykład książki z dzieciństwa czy pierwsza okładka jaką zaprojektowaliśmy wspólnie z Łukaszem Zbieranowskim jako Fajne Chłopaki, czyli „Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w Bredzie” autorstwa Beaty Chomątowskiej. Bardzo lubię też okładki na pierwszy rzut oka minimalistyczne, za to przepiękne w dopracowaniu szczegółu. Mądrze dobrany papier, odpowiednio dopasowana typografia, gdzieś w kąciku delikatny tytuł i autor, piękna wyklejka, bez ilustracji - czysta treść oprawiona w taki sposób, że wiesz że trzymasz w ręce dzieło sztuki.

Chciałem podpytać jeszcze o zawodowe marzenia. Jest jakaś książka, do której bardzo chciałbyś stworzyć okładkę i jeśli tak, to dlaczego akurat do niej?

Nie mam takiej. Kiedyś sporo się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że ta hipotetyczna „wymarzona okładka” siłą rzeczy musiałaby być do książki, którą znam na wylot. Przez co już na starcie miałbym w głowie kilka propozycji dla wydawnictwa i nie byłoby tu elementu wyzwania. Oczywiście kreacja dla klasyki literatury światowej to nie lada zadanie i ogromna satysfakcja ale ja najbardziej lubię projektować ze świeżym spojrzeniem, gdy czytam coś pierwszy raz. Zaś co do marzeń, to chciałbym żebyśmy więcej czytali.

Tego nam wszystkim życzę i dziękuje bardzo za rozmowę.